Nadchodzi nowy Czyngis-chan

Zawsze doceniam, gdy ktoś próbuje robić coś niekonwencjonalnego, wyjść poza schemat. Czteroosobowe kapele z perkusją, basem, dwoma gitarami i wokalem są w porządku, ale bez wyraźnego pomysłu na siebie giną w zalewie podobnych tworów. Żyjemy w czasach, gdy umiejętności techniczne posiada coraz więcej ludzi. Liczy się klimat

Gdy zacząłem pisać recenzje dla Music Wolves obiecałem sobie, że nigdy nie ocenię czegoś wbrew sobie. Czasem to postanowienie skutkowało recenzją negatywną, czasem pozytywną, ale zawsze szczerą. Jako recenzent jestem przede wszystkim uważnym słuchaczem, ale dodatkowo wymaga się ode mnie przelania myśli na ekran laptopa. Zatem słucham, patrząc w okno, idąc do pracy lub ćwicząc na siłowni. The Hu towarzyszyli mi podczas przeprowadzki do nowego mieszkania i muszę przyznać, że była to niezwykła podróż.

Lubię słuchać zespołów pochodzących z daleka. O ile oczywiście cenię folk europejski, o tyle nieco bardziej egzotyczne kraje fascynowały mnie swoim podejściem do metalu. Nie kojarzę, żebym kiedykolwiek przed The Hu słyszał metal z Mongolii. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy dowiedziałem się, że pochodzący z Ułan Bator muzycy szturmem wdarli się na szczyty popularności, a ich utwory wyświetlono i odtworzono dziesiątki milionów razy.

Ich muzyka przemawia do wnętrza, trafia bezpośrednio do serca. Śpiew gardłowy, który wykorzystują w swoich utworach był czymś, czego brakowało mi przez całe życie. Zarówno ów śpiew, jak i niektóre używane przez muzyków instrumenty są częścią dziedzictwa kulturowego UNESCO. Mimo całkiem niezłych umiejętności nie potrafię dokładnie opisać, jak wielkie wrażenie wywarł na mnie numer „Wolf Totem”, gdy pierwszy raz usłyszałem go jako kilkusekundową reklamę przeglądając Instgrama. Od razu wiedziałem, że muszę usłyszeć ten album w całości. Jako, że lubię łączyć przyjemne z pożytecznym, popędziłem do Naczelnego z zamiarem spłodzenia recenzji krążka The Hu. Naczelny skinął głową, uśmiechając się znad brody, a ja wiedziałem, że tej szansy zmarnować nie mogę.

Mongolskie instrumenty kupiły mnie od razu, choć dotychczas nawet o nich nie słyszałem. Bądźmy szczerzy, kto wiedział, co to jest morin chuur i jak się na tym gra? A okazuje się, że mimo setek lat różnicy między gitarami elektrycznymi a mongolskimi instrumentami tradycyjnymi, pasują one do siebie tak, jakby od zawsze miały razem wybrzmiewać.

Większość tekstu wyśpiewywana jest w języku niezrozumiałym dla zwykłego człowieka, ale osobiście nigdy nie uważałem tego za przeszkodę. Potrafię docenić wokal i kompozycje bez znajomości tekstu, zwłaszcza, że w tym konkretnym przypadku głos wdziera się w kompozycję tak, jakby był dodatkowym instrumentem.

Zdaję sobie sprawę, że ta recenzja jest pełna emocji, które cały czas we mnie tkwią. Od dawna żaden zespół nie poruszył tych konkretnych strun mojej duszy. Czasem trafiają się perełki, które miałem przyjemność recenzować dla Music Wolves, ale dopiero The Hu przemówiło do mnie w ten sposób. Może to czysta egzotyka, może zachwyt nad śpiewem gardłowym, ciężko stwierdzić. Zawsze stawiałem klimat i odczucia wyżej niż stronę techniczną zespołów, wychodząc z założenia, że doskonały technicznie gitarzysta może być zwyczajnie nudny, a typowy średniak może zmiatać ludzi ze sceny niesamowitymi pomysłami. W The Hu jedno nie przeszkadza drugiemu, ponieważ zespół tworzy czwórka dyplomowanych muzyków. Mamy zatem doskonałe umiejętności techniczne, świetne kompozycje i świadomość muzyczną. Chłopaki mają jasną wizję tego, co i dlaczego chcą grać.

Zespół powstał w 2016 roku w Ułan Bator. Żałuję, że dopiero niedawno poznałem ich twórczość. Są takie albumy, po których przesłuchaniu człowiek nie potrafi przestać o nich myśleć. Nie chodzi tylko o ulubione krążki ulubionych zespołów, które włącza się, bo się lubi. Chodzi o kompozycje, które dotykają wrażliwej strony naszego jestestwa. Coś, co w pewien sposób zmienia nasze życie, ponieważ nic nigdy nie będzie już takie samo.

Czekam na kolejny album, słuchając ballady o Czyngis-chanie. Potem przesłucham Wilczy Totem po raz nie wiadomo który.

Jestem zachwycony i mogę tylko polecić.

10/10

 

Piotr Edgar Garbacz

Music Wolves - Odstęp

Taint- Under Control

Alternatywny metal z Pszczyny TainT to formacja reprezentująca alternative metal i wywodząca się z Pszczyny. W skład zespół wchodzi czterech mężczyzn, którzy razem świetnie się…

Więcej ==>

Recenzja Najnowszego albumy Nightwish

Czyli koncept album traktujący o ewolucji W momencie powstawania tego tekstu swoją premierę ma najnowsze wydawnictwo autorstwa Tuomasa Holopainena i spółki, czyli „Human :II: Nature”.…

Więcej ==>
Close Menu