Siedem głosów potępienia

To zadziwiajce jak plastyczny jest black metal. Jest to ta cecha tej muzyki, która nadaje jej absolutną wyjątkowość. Oczywiście, puryści stwierdzą, że black metal jest tym, co słyszymy na wczesnych nagraniach Burzum, Mayhem i Darkthrone i niczym więcej. Podejrzewam jednak, że nawet muzyczni ortodoksi z zainteresowaniem spojrzą na nową płytę greckiego Αχεροντας (czyt. Acherontas) – Malocchio: The Seven Tongues of Δαημων. Twórcy albumu czerpią bowiem inspirację do niego z najlepszych tradycji greckiego black metalu, na czele z Rotting Christ, nie bojąc się eksperymentów i łączenia tradycji z nowatorskimi rozwiązaniami koncepcyjnymi.

Wspomniany tytuł jest już dziewiątym wydawnictwem greckiego składu, którego bębniarzem jest znany z polskiego Besatt Marcel Szumowski (Marcello S.). Chociaż i na tej produkcji zespół kontynuuje swój monumentalny i ceremonialny styl z poprzednich płyt, to Panowie postawili tym razem w 100% na utwory w języku angielskim, chociaż z dość enigmatycznym chórem o rytualnym charakterze. Płyta, którą zespół nam zaprezentował to niesamowity album koncepcyjny, który zabiera nas w podróż po świecie okultyzmu i złych duchów. Już w samym tytule znajdujemy pojęcie malocchio, które w języku włoskim oznacza złe spojrzenie. Mowa tutaj o przekonaniu, iż człowiek obdarzony wystarczająco silną złą wolą, może sprowadzić na kogoś innego pecha lub nieszczęście. Na tym jednak nie koniec, gdyż druga część tytułu to The seven tongues of Δαημων. Jezykami tymi są Lucifer, Leviathan, Belial, Satan, Choronzon, Hecate oraz Δρακων. Celowo nie podaję informacji na temat tego jak czytać Δαημων oraz Δρακων, zostawiając zadanie rozwikłania tej zagadki czytelnikowi niniejszej recenzji. Dodam natomiast, że dokładnie siedem utworów liczy sobie płyta Αχεροντας.

Muzyka, o której mowa jest tak oryginalna, że właściwie trudno znaleźć porównanie, które oddawałoby ducha bandu. Zdecydowanie stworzyli oni coś swojego, czerpiąc z tradycji greckiej kultury i greckiego black metalu. Jedynym zespołem, który mógłbym wymienić, w kontekście nawiązań stylistycznych jest właściwie Rotting Christ, ale i to porównanie jest raczej ułomne. Nieustannie przychodzi mi jednak na myśl idea, że muzyka stworzona na tym, ale i na poprzednich albumach Greków to pean ku czci Niosącego Światło. Satanizm jest immanentną cechą black metalu. Jest on jednak rozumiany na wiele sposobów i wciąż reinterpretowany. Lucifer, Leviathan, Belial, Satan, Choronzon, Hecate oraz Δρακων to nie siły przyrody, ani nie zło ukryte w człowieku. To Melkor w poszukiwaniu Niezniszczalnego Płomienia Iluvatara. To Prometeusz, który ukradł bogom ogień. To Anioł, który niósł światło, lecz pogrążył się w ciemności. Εωσφόρος, niosący ogień oświecenia. Zagłębienie się w teksty utworów robi piorunujące i dość przerażające wrażenie. Jest to bowiem litania czy szereg inwokacji do różnych przymiotów tego, który w interpretacji zespołu ma więcej niż jedno imię.

Dość jednak o przesłaniu – jaka przy tym wszystkim jest muzyka Αχεροντας? Oprócz tego, iż zespół proponuje nam muzykę niezwykle ambitną, to z pewnością zadowoli on poandto zarówno miłośników melodii, jak i tradycji. W mojej ocenie nie należy rozdzielać poszczególnych utworów, a potraktować to wydawnictwo jako całość. Wykonawcy z upodobaniem raczą nas zarówno rytualnymi chórami, jak i melorecytacjami, ale nie boją się porywających riffów i przeszywających blastów. Album smakuje coraz bardziej z każdym kolejnym przesłuchaniem. Właściwie nie ma w nim ani jednego słabego utworu. Już pierwszy utwór – Lucifer, zapowiada różnorodność środków artystycznych. Mamy tutaj zarówno melorecytacje czystym głosem, jak i potępieńcze charkoty, mamy hipnotyzującą melodię i galopujące tempo oraz niezwykle czystą, wyraźną grę gitary. Leviathan, to już głos Anioła, który upadł i hymn trzeciej części gwiazd zmiecionych z nieba jego ogonem. Wokal w kolejnej kompozycji jest chyba najbardziej zaskakującym zjawiskiem na płycie. Trudno uwierzyć, że wszystkie te dźwięki to dzieło (jednego) człowieka. Kolejne punkty milowe na płycie prowadzą nas płynnie do utworu Δρακων, który stanowi piękne domknięcie całego albumu.

Tytułem podsumowania, chciałbym zwrócić jeszcze uwagę na okładkę płyty. Ikonografia Αχεροντας (wcześniej Acherontas) zawsze była dobra (może poza pierwszymi trzema albumami – ale to już bardzo subiektywne odczucie), jednak najnowsza płyta jest i pod tym względem powalająca. Chociaż obraz ten wzbudza we mnie niewysłowiony niepokój, to nie pozwala przestać o sobie myśleć, każąc wracać by zrozumieć, co zespół chce nam przekazać swoją symboliką. Z pewnością całokształt twórczości grupy, w tym i to wydawnictwo nie zadowoli zwolenników prymitywnej produkcji lub automatu perkusyjnego. Raczej nie jest to twórczość dla thrasherów i fanów brudnego grania. Wszyscy jednak, którzy są otwarci na muzykę pełnymi garściami czerpiącą z przeszłości, lecz szukającą własnej drogi do przyszłości z pewnością się nie zawiodą.

10/10

Łukasz F

Music Wolves - Odstęp

Shagreen – „Standstill” recenzja

Połączenie elektroniki, gitar i delikatnego, kobiecego głosu z delikatną dozą dekadentyzmu… Połączenie elektroniki, gitar i delikatnego, kobiecego głosu? Czemu nie. „Standstill” to trzeci album, niezwykle…

Więcej ==>
dziwoludy

Dziwoludy

Dziwoludy Ep 2020 Dziś przybywam do Was z czymś tak bliskim sercu memu i mej starej duszy, że z radością przeogromną przybliżę Wam coś, co…

Więcej ==>

Behemoth „A Forest” – recenzja

Mroki lasu Behemoth znam i darzę jako taką estymą i sentymentem. Czas bowiem wydania „Thelema. 6” zbiegł się z momentem skierowania mojego zainteresowania w stronę…

Więcej ==>