Bez niespodzianek

Kolejna, siedemnasta płyta kanadyjskiego Annihilatora rozgościła się na dobre. Promowana przedpremiera trzema singlami już od zeszłej jesieni rozbudzała apetyt i oczekiwania. Warto też zauważyć, że to płyta po kolejnej, nieprzewidywalnej zmianie składu, co jest normalne dla tego zespołu i sprawia, że nigdy nie wiadomo, czego oczekiwać na płytach i koncertach. Czy to będzie następny album thrashowy czy może niebywały eksperyment muzyczny, ciągnący nas przez odmienne stany metalu, od utworu do utworu? A może jeszcze inna przygoda?

Krążek rozpoczyna się przyjemnym, mocnym, gitarowym i energetycznym „Armed to the Teeth”, który był chyba najbardziej popularnym singlem. Od początku narzuca styl płycie. Kawałek ma dobre brzmienie, dobry bas i gary. Wokal znowu dzierżony jest przez Jeffa Watersa i w sumie ta zmiana jest przyjemnym powrotem do dawnego materiału. Głos lidera i głównego trzonu kanadyjskich thashowców ma typowe cechy dla “starego metala” i zaczyna brzmieć trochę jak Dave Mustaine, ale głos jest świetnie połączony z muzyką i mimo że ma już inną barwę, niż na legendarnym „Alice in Hell”, to całkowicie nie przeszkadza. Widać to też w kolejnych utworach, które po kolei wchodzą delikatnie w czaszkę, jak drugi na liście „The Attitude”, czy przyjemnie rock&rollowy „Psycho Ward”. Płyta nie jest za ciężka i można odczuć na niej wpływy innych kolegów z branży, jak Testament, Overkill czy wspomniany Megadeth, nie ma jednak chęci popadania w mocniejsze nuty. Kręci dobrą energią i buja bez miażdżenia słuchacza prodeathowymi riffami. Jak dla mnie troszkę gubi się przy „One Wrong Move” przez bardzo pokręcone solówki, ale fani tego typu grania na pewno polubią ten utwór za zgrabną kompozycję. Mnie bardziej zapadł w pamięć „Lip Service” ze świetnym basowo-perkusyjnym otwarciem i ciekawym tekstem … o ile się lubi niedwuznaczne teksty. Całość domyka wielką kropką  „The End of the Lie” i zostają napisy, gdzie jak zwykle większa część jest po stronie lidera, który skomponował, nagrał, zmiksował i wydał Jeff Waters, i wiecie co? Wyszło mu to świetnie.

Płyta buja, jest soczysta od gitar i ma dobre wokale. Mam nadzieję, że kolejne otwarcie muzyczne Anihilatora, jakim jest ten album, będzie już ostatnim, bo jest najlepszym. Oburzę pewnie wielu, mówiąc że to najlepszy krążek Kanadyjczyków w historii. Jednak ma także swoje wady. Mimo że całość jest kapitalna i miła w odbiorze, że fajnie korzysta z całego dorobku gatunku, to mimo wszystko nie wiem czy zostanie jego klasykiem? Nie wiem czy nie brakuje jej jeszcze jednego szlifu, jeszcze jednej piosenki lub choćby zagrywki, która by mogła nadać jej tytuł legendy. Jest dobra, nawet bardzo dobra, ale nie genialna. Brakuje eksperymentu, poszukiwania czy choćby ucieczek na chwilę, poza obrany kurs. Brak mi właśnie tej niespodzianki lub zwyczajnie hitu. Mimo to jednak jest to solidny kawał wyrzeźbionego metalu, który zostanie jeszcze ze mną przez chwilę lub dwie. 


7/10

Krisu

Music Wolves - Odstęp

Nyrst „Orsök” – recenzja

SZEPTY KAMIENI. HISTORIE Z OPUSZCZONEJ ISLANDII Islandia. Kraj, wyspa, niesamowicie intrygująca i fascynująca mnie. Miejsce, które zamieszkuje mniej więcej tyle samo ludzi, co w moich…

Więcej ==>

Recenzja Najnowszego albumy Nightwish

Czyli koncept album traktujący o ewolucji W momencie powstawania tego tekstu swoją premierę ma najnowsze wydawnictwo autorstwa Tuomasa Holopainena i spółki, czyli „Human :II: Nature”.…

Więcej ==>