Coś o miłości (i nie tylko) w czasach zarazy

W tych przedziwnych czasach, pełnych wirusów, brudnych interesów włodarzy i artystów walczących o przetrwanie niezwykle cieszy każda nowa płyta ukazująca się na rynku. I taką pozytywną niespodziankę sprawiła tarnowska grupa Anvision, wydając po 4 latach swoją trzecią płytę długogrającą zatytułowaną „Love and Hate”.

 

            Anvision istnieje od 2007 roku, oprócz wspomnianych longplayów, wydawanych zawsze w 4 letnich odstępach mają na koncie EP-kę z 2010 roku „Eyes Wide Shut”. Do grupy przylgnęła łatka prog-metalowców, jednak w ich muzyce sporo jest rocka i melodyjnego metalu spoza nurtów progresywnych. Mają na koncie nie lada sukcesy, jak chociażby zagrana z Tarją Turonen trasa z roku 2017, gdzie jako support wystąpili ośmiokrotnie. Grali także m.in. na „Maximum Rock Festival” w Bukareszcie, czy „Prog The Castle Festival” w Heidelbergu.

„Love and Hate” to rozpisana na 8 utworów opowieść o dwóch skrajnych emocjach, które od zarania towarzyszą człowiekowi. Miłość i nienawiść, jasność i mrok. Widać to doskonale już na okładce autorstwa Piotra Szafrańce, przedstawiającej rozdarte i zszyte serce, na poły ciemne i spalone, na poły ognisto-czerwone. Te połówki symbolizują obie emocje, obie skrajności. Teksty opowiadają historie z życia, historie ściśle związane z tematem przewodnim.

 

            Muzycznie album nieco odbiega od dotychczasowych dokonań zespołu. Jest bardziej dynamicznie, bardziej melodyjnie i różnorodnie niż na poprzednich albumach. Mam wrażenie, że pojawiło się tu więcej rocka i metalu, choć nie brakuje też połamanych dźwięków progresywnych a wszystko jest dobrze wyważone. Pora jednak na łyżkę dziegciu. Jako że od lat nurzam się w brzmieniach progresywnych ucho moje zabolało, kiedy ze zdumieniem usłyszałem w kilku utworach patenty żywcem wyjęte z twórczości jakże uznanej i lubianej prze mnie grupy Dream Theater. Nie wiem, czy to zbieg okoliczności, świadome działanie, czy też twórcy są pod tak dużym wpływem twórczości Dreamów, że bezwiednie implementują ich patenty w swojej twórczości. Cokolwiek by to nie było to ten ślad kilkukrotnie mocno daje o sobie znać. I tak już w tytułowym „Love and Hate” po pierwszych taktach gitary wlatuje klawisz niczym spod palców Rudesa a Michał Ostrowski sposobem frazowania bardzo przypomina Labriego. Takich „wrzutek” jest jeszcze kilka, a to zagrywka na basie a la Myung, a to psychodeliczne klawisze rodem z „Home” w Raiders from Hell”, czy bardzo „portnoyowska” perkusja w „Rules for Fools”, albo epickie momenty w „Chasing the Light”. Z drugiej strony jest całe mnóstwo autorskich melodii, soczyste gitary, świetny śpiew Marka. Cały czas coś się dzieje, a opowiadane historie wciągają i zachęcają do zanurzenia się w kolejne, pełne dźwięków rozdziały. Wisienką na torcie w tym przestawieniu jest zamykająca album, niezwykle prosta, ale przy tym przejmująca piosenka „Good Night”, którą Marek Ostrowski zaśpiewał w duecie ze swoją córką, Pauliną. Jakże jest ona inna od całości, jakże piękna i poruszająca. Wspaniałe domknięcie albumu.

Całości, pomimo wspomnianych „wrzutek” słucha się przyjemnie a czas spędzony z „Love and Hate” płynie bardzo szybko. ~Szaleńcze tempa przeplatają się balladowymi momentami, dźwięki są przemyślane a kunszt muzyczny twórców słychać w każdym utworze. Płyta nie nuży i wraz z kolejnymi odsłuchami nieustanie zaskakuje odkrywanymi „smaczkami”. Pomimo tej odrobiny rozczarowania polecam.

 

Tomek S.

Music Wolves - Odstęp
Acid Drinkers – PEEP Show

Acid Drinkers – PEEP Show

50!? Don’t Slow Down Byłem nieźle zdziwiony, kiedy Naczelny wrzucił mi do recenzji płytę sprzed czterech lat. Kurcze, pomyślałem, przecież to Kwasożłopy, na pewno każdy…

Więcej ==>
Close Menu