Nie wszystko złoto

Nie. To się nie mogło udać. Przekazanie do oceny rzeczonego materiału mnie, zadeklarowanemu trollowi, nie mogło się skończyć dobrze dla Lędzinian. A szkoda, bo chciałbym, naprawdę chciałbym polubić ich muzykę. Nie dość, że w sumie po sąsiedzku mieszkają, to jeszcze ten art work w każdym ich wydawnictwie – fantastyczny! Przerost formy nad treścią, efekciarstwo, jaskrawe kolory. Żeby nie było, mi to pasuje! Każda z okładek mogłaby być osobnym plakatem na mojej ścianie w czasach, gdy byłem bajtlem. Ale niestety, nie pykło. Zatem od początku.

Axe Crazy to zespół, którego powstanie, wg dostępnych źródeł, datowane na rok 2010. Czyli ni to stara, ni młoda kapela. Dyszka na karku, więc z jednej strony młodzieńczy entuzjazm jest podparty jakimś już bagażem doświadczeń. Grają sobie Panowie heavy metal wprost wyjęty z lat 80, więc teoretycznie wszelkie kryteria do tego, aby stać się moimi ulubieńcami zostały spełnione. Niestety, założenia słuszne, jak najbardziej, natomiast już wykonanie niespecjalnie.

Jak wskazałem powyżej, lubię heavy metal, zwłaszcza, jeśli całymi garściami czerpie z najlepszych wzorców z lat ubiegłych. Ja osobiście do takowych zaliczam Judas Priest (a jakże!), Mercyful Fate, Sanctuary (może być dyskusyjne, czy to takie czyste heavy, niemniej wskazuję pewien kierunek). Wymienione kapele charakteryzują się niewątpliwym pazurem, dość sporą dawką zadziorności w granej muzyce. Natomiast mam wrażenie, że Axe Crazy za wzorzec wziął sobie Helloween. No właśnie….

Był sobie czas, kiedy słuchałem Niemców, ale były to początki mojej przygody z przyswajaniem ciężkiego brzmienia, zatem, cóż, nie liczy się! Powyższe wyznanie jest swego rodzaju moim osobistym comming out’em, którego będę się następnie wypierał. Tym samym, skoro Helloween nie lubię, siłą rzeczy Axe Crazy mojej sympatii niestety nie zyska. Przechodzę zatem już do „Hexbreaker”. Muzyka na nim zawarta jest… nijaka, przechodząc sporymi momentami w „cukierkowość”.  Lubię „pomaszkecić”, ale jak mi to leci do bębna, a nie do bębenków. Na „Hexbreaker” znajdziemy skoczne melodie, akurat do przechadzek po lesie albo do roboty w tartaku.

Gitary wprawdzie mają czasem ochotę pokazać nieco bardziej niegrzeczną stronę zespołu, ale nie wychodzi im to zbyt fortunnie. Jest melodyjnie, przy czym owe melodie nie są niepokojące, nie wnoszą gęstej, teatralnej atmosfery jak to ma miejsce np. w przypadku Mercufyl Fate. Jest po prostu wesołkowato, jakby banda skrzatów przybijała sobie piątki i co chwila stukała się pełnymi kuflami. Czasem na płycie znajdziemy całkiem sprawnie zagrane solówki, co jest jej niewątpliwym atutem, niemniej występują one (sola zasługujące na miano ciekawych) dość rzadko. Fajnie również, że Axe Crazy dość mocno eksploatuje garowego, który nie boi się pocisnąć na dwóch stopkach. Ale szkoda, że Panowie nie poszli w stronę chwytliwych i dynamicznych zagrywek, lecz właśnie w melodie, które pod koniec płyty już po prostu irytują. Po przesłuchaniu „Hexbreaker” czuję się, jakbym skończył kilkunastogodzinną szychtę – mam najzwyczajniej w świecie dość.

Wokal jest i tyle. Nie podoba mi się, mogę dopowiedzieć w ulotnej chwili mojej wylewności. Doceniam, że wokalista operuje zakresem w zasadzie wymaganym w heavy metalu, tak więc sopran a’la moszna w imadle również included. Niemniej barwa jego głosu zamiast być ozdobą materiału, jest po prostu kolejną przyczyną mojego negatywnego jego odbioru. Brakuje w niej zadziorności, nonszalancji. Jest strasznie ugrzeczniona, jakby wokalista krępował się wycisnąć z gardła więcej szaleństwa. Nie wiem, może czas na przestawienie się na tańszy alkohol? Z pewnością dopełnia on słodki, sielankowy obraz całej ocenianej płyty.

3/10

Paweł „Kostek” Kostka

Music Wolves - Odstęp