Podziemne bluźnierstwo.

Rok 2020, mimo prawie całkowitego braku koncertów i tras koncertowych, obfitował w dużą liczbę materiałów studyjnych. Zespoły z braku możliwości prezentowania się szerszej publiczności pozamykały się w studiach i przygotowywały nowe utwory, co cieszy, bo w trudnych i niepewnych czasach albumy studyjne są dla fanów równoważne z występami na żywo. Oczywiście żeby nagrać dobry, konkretny i pełnowartościowy album, potrzebne są przede wszystkim dwie rzeczy: siła i czas. I obydwa te czynniki zawarł na swoim najnowszym albumie „Saint Desecration” znakomity reprezentant rodzimej ekstremy – Azarath.

Pomimo dwudziestu dwóch lat istnienia oraz uznania na scenie krajowej oraz międzynarodowej, zespół Azarath w dalszym ciągu woli pozostawać w cieniu, cierpliwie krocząc swoją mroczną ścieżką i budując swoje znaczenie bez godzenia się na rozmaite ustępstwa. Po kilku latach po raz kolejny dowodzi swojej konsekwencji albumem, którego zawartość jest fuzją black i death metalu najwyższej próby. Mam jednak wrażenie, że tym razem jest jeszcze bardziej technicznie niż na poprzednim longplayu „In Extremis” z 2017 roku. W brzmieniu utworów odnajduję inspiracje takimi tuzami gatunku jak Nile czy Deicide. Panowie z Azarath nie bawią się w półśrodki i każda z dziesięciu zawartych na albumie piosenek jest prawdziwym ciosem między oczy. Tekstowo również jest niebanalnie, ponieważ znając moc zarówno riffu, jak i słowa krzyczanego, muzycy korzystają z wielowymiarowych metafor, oscylujących wokół okultyzmu, religii i mrocznej strony natury człowieka, a zmiana na stanowisku frontmana (w 2017 roku Marka „Necrosodoma” Lechowskiego zastąpił Marcin „Skullripper” Sienkiel) zapewniła w dalszym ciągu wysoki poziom wykonania. Całość ekstremalnego, gitarowego brzmienia sterowana jest przez bezkonkurencyjnego Zbigniewa „Inferna” Promińskiego, który z zespołem Azarath jest związany od początku jego istnienia, a najbardziej znany jest szerszej publiczności z zasiadania za perkusją giganta polskiego metalu, Behemotha.

Płyta „Saint Desecration” zawiera w sobie wszystko to, co tak bezkompromisowa muzyka zawierać powinna. Są agresja i mrok, a muzycy, zachowując wierność tradycji gatunku, uzyskują jednocześnie bardzo nowoczesne, przestrzenne brzmienie. Podoba mi się również to, że album jest przystępny w swojej długości – trwa niespełna czterdzieści minut, co nie powoduje u słuchacza uczucia zmęczenia. Utwory skupiają na sobie uwagę odbiorcy i mimo wysokiej jakości każdego z osobna, chciałbym wyróżnić trzy perełki: otwierający, posępny „Death at Will”, zasypujący kanonadą blastów „No Salvation” oraz sześciominutowy, epicki „Beyond the Gates of Burning Ghats”, do którego stworzony został równie epicki teledysk z naleciałościami mrocznej strony kultury hinduskiej (nawiązywanie do kultystów sekty Aghori wydaje mi się nieprzypadkowe).

Na najnowszej płycie Azarath po raz kolejny udowadnia, że… niczego nie musi udowadniać. Muzycy (poza występującym w Behemocie „Infernem”) traktują granie w zespole jako sympatyczny dodatek do życia i swoich codziennych zawodów. Owszem, komercyjny sukces zawsze cieszy, ale wydaje mi się, że jeszcze bardziej cieszy wewnętrzna satysfakcja z możliwości uprawiania swojego hobby i dzielenie się sztuką z fanami. Właśnie to czuć po odbiorze najnowszej płyty „Saint Desecration”.

8/10

Michał Drab

Music Wolves - Odstęp