Heil! The mighty dark!

Historia black metalu w Polsce nie jest ani prosta, ani linearna. Czy ktoś dzisiaj pamięta zespół Hermh? Dlaczego Christ Agony nie zrobili międzynarodowej kariery? W jakim punkcie swojej jest obecnie MasseMord i jaką drogę przebyli Panowie z Mord’a’Stigmata by stworzyć to, co słyszymy na ich najnowszym albumie, a co nadaje im brzmienie bliskie Deathspell Omega? Na te pytania w tej recenzji nie odpowiem. Rozpocznę jednak od stwierdzenia, że chociaż historia tej muzyki nie jest prosta, to black metal nigdy w Polsce nie miał się tak dobrze jak teraz, a niezależnie od tego jak się miał i ma, zawsze był z nami Black Altar.

Zespół jest właściwie obecny na naszej rodzimej scenie muzyki ekstremalnej od połowy lat 90. (pierwsze demo – 1998). Kiedy swoją karierę rozpoczynała Mgła, Black Altar już tam był od dawna. Kiedy MasseMord śpiewał o śmierci ludzkości, dla Shadowa, który tworzy wokale i gra na gitarze basowej w Black Altar, był to chleb powszedni od wielu lat. Wydany w lutym bieżącego roku split z norweskim Vulture Lord tylko potwierdza ich pozycję. Gitarzystę Enzifera z Vulture Lord znamy między innymi z legendarnego Urgehal. Gdyby tego było mało, to Shadow ma rodzinne tradycje badania przepowiedni Nostradamusa, a logo Black Altar stworzył nie kto inny jak Christophe Szpajdel – zwany również Lord of the Logos, który współpracował m.in. z Venom, Mercyful Fate czy Celtic Frost.

Dethiah Manifesto, będąc splitem musi siłą rzeczy składać się z dwóch odrębnych od siebie projektów. Pierwszą częścią jest mini arcydzieło Black Altar. W nastrój płyty wprowadzają nas nawiedzone głosy i dudniące złowrogo bębny. Kiedy kończy się intro słyszymy tak charakterystyczną dla black metalu monotonię gitar, że słowa Transilvanian hunger…cold…soul… wręcz muszą paść, co jednak się nie dzieje. Zespół nagrał coś swojego i nowego, chociaż inspirowanego klasykami. Wilcze wycia w drugim utworze dodają temu czemuś jeszcze bardziej niezwykłego posmaku. Oldschool w muzyce ekstremalnej stawia wysokie wymagania. Utwór trzeci, w którym słyszymy Heil! The mighty dark! stanowi pożegnanie krótkiego, ale wybitnego projektu, a zarazem wstęp do kolejnej części płyty czyli produkcji Vulture Lord.

Historii jaką w swoim bagażu mają Norwedzy pozazdrościć mógłby niejeden zespół. Gitarzysta Melphas związany jest z Carpathian Forest, wspomniany Enzifer z Urgehal, a Sorath i Uruz w niejednym składzie już występowali. Zaprezentowany przez nich materiał to dobry kawał black thrashu. Swój występ rozpoczynają coverem Dominions of death zespołu Volcano. Następnie płynnie przechodzą do Hark! The hymns of War, które zespół stworzył jeszcze w 1997 roku i umieścił na swoim demo Exorcism of the Holy Ghost. Bloodstained Ritualknives to utwór zdecydowanie bardziej ortodoksyjny i brutalny, ale idealnie wpasowujący się w całokształt płyty. Ten kawałek, również znamy już z poprzednich publikacji zespołu. Obydwa zostały tutaj nagrane na nowo, w zdecydowanie lepszej produkcji. Split kończy się niezwykle monumentalnym outro.

Black metal nigdy nie miał się w Polsce tak dobrze jak dzisiaj, ale czy ten nowy black metal, jest tym czym miał być? Gdy Owls Woods Graves i Wędrujący Wiatr tworzą dzieła niezwykłe i porywające swą szczerością i pasją, Black Altar zaznacza swoją obecność. Wydany w tym roku split to hołd dla tradycji, a zarazem dowód tego, że klasyka nie umiera, a ortodoksyjny black metal może brzmieć równie świeżo, jak projekty młodszych zespołów, które tylko inspirowały się wcześniejszym dorobkiem, a stworzyły coś nowego. Deathiah Messiah nie jest płytą wybitną i raczej nie nowatorską, ale to z pewnością album niezwykle dobry. Pewien niedosyt pozostawia jedynie kwestia, że większość z utworów Vulture Lord na tej płycie, już gdzieś słyszeliśmy, ale niewielki mankament, gdyż dobrego nigdy za wiele.

7/10

Music Wolves - Odstęp
maxresdefault

Recenzje – Cradle of Filth

Cradle of Filth Jeśli chodzi o brytyjskie zespoły to z tak zwanego nurtu dark extreme metalu (black/symphonic/gothic), dla mnie najlepszy jest tylko jeden – brytyjski…

Więcej ==>