Album dla totalnych świrów, dla których kanonem jest ściana dźwięku, umykająca wszelkim konwenansom.

Na ruszt kolejna kapela, która świadczy o niesamowitym wręcz uporze PutridCult do wydawania muzyki tak podziemnej i niszowej, że niemal dotykającej jądra. Czy to perełka? Okaże się dalej.

O Concilium wiadomo niewiele i ten tekst w żaden sposób nie powiększy wiedzy o zespole. Prawdopodobnie recenzowany album jest debiutem zespołu, aczkolwiek jego istnienie i informacje o nim są tak owiane tajemnicą, że kij to wie. Szczerze powiedziawszy to nawet nieistotne.

Co istotne, to zawartość „The Oblivion Of Time In The DimLight”, która jest niesamowicie chaotyczna i wręcz psychodeliczna, ale zawiera w sobie pewien pierwiastek, który powoduje, że te cztery kawałki są nawet intrygujące. Concilium proponuje nam black metal w wydaniu wręcz zeschizowanym, nietuzinkowym, jak wskazałem wcześniej – chaotycznym i bardzo szalonym. Nieustannie mam wrażenie, że muzyka powstawała w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Niepokój i szaleństwo sączą się w dosłownie w każdej sekundzie albumu.

Na album składają się 4 kawałki, trwające łącznie ponad 40 minut. 40 minut ciągłej udręki, ucieczki przed… właśnie, przed czym? Muzyka grana przez Concilium naprawdę jest tak pokręcona, że pole interpretacji jest niezwykle szerokie. Jak napisałem wyżej, mnie to nieodłącznie kojarzy się z zakładem dla obłąkanych lvl hard, gdzie co rusz słychać wrzaski, jęki. Równie dobrze mogą być to lochy czy kazamaty, w których słychać w oddali jęki osób poddawanych czynnościom mającym na celu ustalenie stanu rzeczy. Tak, mówię o torturach 😉 To tak, jakby Concilium zamieniło w nuty ból odczuwamy podczas przypalania pięt i wyrywania paznokci. Zabolało co? To puśćcie sobie „The Oblivion…”. Też zaboli. Ten drugi zresztą scenariusz sugeruje nieco okładka, która jest w punkt, jeśli chodzi o muzykę. Niepokojąca, mroczna, niedopowiedziana.

Z drugiej zaś strony „The Oblivion Of Time In The DimLight” potrafi zmęczyć. No tak, tak jakby przypalanie pięt nie było męczące…. Z pewnością nie jest to łatwa muzyka, dostępna i przystępna za pierwszym razem. Poziom chaosu i nieoczywistości jest wręcz potężny, więc zanim sobie zapuścicie ten album w słuchawkach, zróbcie sobie dzban gorącej herbaty, załóżcie kapcie i schowajcie się pod kocem, bo troszkę to może potrwać, zanim się dotrzecie.

Ja przyznam, że z początku „The Oblivion…” nawet mi leżał, po czym teraz zdecydowanie nie mogę na niego patrzeć. Nie oznacza to oczywiście, że nie przesłucham w przyszłości, ale trza se kiedyś od tego dychnąć.

Nie mam jednak wątpliwości, że muzyka Concilium znajdzie swoich odbiorców. Nie brakuje w Polsce i na świecie totalnych świrów, dla których kanonem jest ściana dźwięku, umykająca wszelkim konwenansom. Album niełatwy, ale intrygujący. Takie pięć i pół.

5,5/10

Paweł „Kostek” Kostka

Music Wolves - Odstęp

Kozeljnik – „Sigil Rust” – recenzja

Bałkańska czerń Muzyków metalowych grających pod każdą szerokością geograficzną łączy wspólny mianownik. Wszyscy, odkąd zaczęli w wieku nastoletnim słuchać ciężkiej muzyki, wpatrzeni są w największe…

Więcej ==>