Zrozumieć wszechświat łatwo nie jest…

asza wilcza wataha otwarta jest na różne rodzaje muzyki i pomimo specjalizacji w ciężkich brzmieniach gościmy czasem na łamach lżejsze klimaty. Doskonałym tego przykładem jest niniejsza recenzja w której na warsztat biorę album „Keys to the Universe” bydgoskiego projektu Day of Maxior.

Na FB wyczytać można, że muzyka jest tworzona w częstotliwości 432 Hz, co zapewnia harmonię ciała, ducha i umysłu. Jak to działa w praktyce, napiszę za chwilę. Z prasówki na temat albumu można się dowiedzieć, iż jest wypadkową przeżyć i doświadczeń autora zapisywanych od 2017 roku. Stanowi duchową „podróż, której zrozumienie dodaje skrzydeł przy patrzeniu na świat każdego dnia”.

Muzycznie mamy do czynienia z delikatnym, akustycznym graniem z folkowym zabarwieniem, z udziałem m.in. irlandzkiego buzuki. Jest nawet przyjemnie, a momentami całkiem dobrze, jak chociażby w energicznym „Fight” czy mrocznym „Weapon & Plan Against”. Te dwa utwory zdecydowanie wyróżniają się na tle całości na plus. Są też momenty słabsze, wręcz infantylne, jakby muzyka była tworzona dla grupy wiekowej 3 – 6 lat. Jednak cały muzyczny klimat zaczyna się sypać, kiedy pojawia się wokal. W utworach śpiewanych po Polsku jest akceptowalnie, chociaż uważam, że emisja głosu pozostawia wiele do życzenia, ale kawałki śpiewane po angielsku to dramat. Bardzo wyraźnie słychać mocny polski akcent, co razi i odbiera nastrój, psując zupełnie kawałki z niezłym potencjałem (jak rzeczony „Fight” chociażby).

No i na koniec, mimo że podobno nie kopie się leżącego, to dwa słowa odnośnie do samej warstwy lirycznej. Cóż, po zapowiedzi duchowej podróży po klucze do wszechświata spodziewałem się nieco mistycyzmu, odrobiny metafory, tajemnicy zawoalowanej między wierszami, zmuszającej do zagłębienia się, zmuszenia do jakiegoś wysiłku, żeby do niej dotrzeć. Nic z tych rzeczy! Teksty są proste jak budowa cepa, wszystko podane na talerzu, a w samej tematyce nie znalazłem nic, co by mi pomogło odkryć jakikolwiek klucz. Doszło nawet do tego, że w trakcie utworu „Jak Spełniać Marzenia” musiałem sobie zrobić przerwę, bo poziom słodyczy i naiwności sprawił, że poczułem się jak na wiejskim weselu, na którym ubrany w cekiny wokalista disco polo zawodzi rzewne „Żono moja”.

Reasumując, muzycznie mimo, że to nagrania bez masteringu momentami ciekawie, jednak to właśnie  klimat muzyczny ratuje tę płytę. Wokalnie dość przeciętnie, a w utworach anglojęzycznych wręcz kłuje w uszy. Teksty zabijają prostotą i naiwnością przekazu. Ja tego nie kupuję, ale być może znajdą się tacy, do których przekaz „Keys to the Universe” trafi.

4.5 / 10

Tomek S.

Music Wolves - Odstęp

Fatigue – „III”- recenzja

Dźwięki otchłani Warto w życiu odpowiedzieć sobie na bardzo ważne pytanie: co lubię w życiu robić? A potem zacząć to robić. Nasza egzystencja pokazuje nam,…

Więcej ==>