W poszukiwaniu magii i miecza.

Czasami zapominam, że polski heavy metal w ogóle istnieje. Nasz kraj wytworzył kilka mocno łupiących, deathowych, blackowych i tym podobnych składów, że jest w czym wybierać, a do tego sam też mało sięgam po ten nurt. Może dlatego DIvine Weep w czasie pierwszego odsłuchu było taką niespodzianką. Włączyła się lekka nostalgia za starymi krążkami Halloween czy Blind Guardian, za zestawami do magii i miecza, i ogólnie za okresem początków nastoletniego zapuszczania kudłów. Pierwszy krążek zespołu z Mateuszem Drzewiczem na wokalu od początku pokazuje, że ma klasę rasowego heavy i power metalu. 

Krążek to dziewięć kipiących fantastycznym klimatem kawałków o ciekawym nastroju. Zespół, który ma przecież korzenie blackowe, stara się jak może, żeby płyta nie poszła w banał, jaki jest zmorą wielu współczesnych kapel z tego nurtu. Utwór otwierający, czyli  „Cold as Metal” i zamykający „The Omega Man” dają nam energetycznego kopa. Są szybkie, energiczne, choć brakuje im drapieżności. Czuć w nich raczej hard rock i swobodę pierwszych płyt Gamma ray. Dalej jest już różnorodnie i ciekawie. Drugi kawałek, czyli „Journeyman”, z niejednostajnym tempem i zwolnieniami, oraz niezłym prowadzeniem gitar brzmi przyjemnie, oldskulowo. Jak na heavy krążkowi nie zabrakło też ballady, a w tym wypadku nosi ona nazwę „Riders Of Navia”, której tekst mógłby spokojnie ozdobić jakąś powieść o smokach i rycerzach. Kiedy włączy nam się kolejne prawie balladowe intro do „Walking (Through The Debris Of Nations)” będziemy zaskoczeni mocniejszymi wokalami i tym, że zespół się zapędza prawie w melodic thrash, spod znaku Iced Eartha. Prawie, bo zostaje przy swoim stylu i pozwala mu ładnie wybrzmieć.

Nie zabrakło pojedynczych, gardłowych wrzasków i pisków, jak z Judas Priest. Nie zabrało porządnie przemyślanej płyty z niezłymi tekstami, czy ucieczkami poza ramy gatunku. Krążek nie jest nudny, mimo że nie szarpie deathem. Raczej doskonały do niedzielnego chillu, jako podkład pod relaks, przyjemna podróż przez fantastyczne krainy i bohaterskie czyny. Problemem jest tu jednak to, że zapomina się o nim, zanim się jeszcze skończy. Przyjemnie płynie, przypominając o starych płytach HammerFalla czy tak zapomnianych zespołów, jak Pegazus, ale sama nie zostaje w pamięci. Brak jej hitu, czegoś, co naprawdę by ją wyróżniło, poza niekoniecznie jasnymi samplami rozmowy po niemiecku na początku „Die Gelassenheit”. Mocną stroną jest na pewno wokal, który mimo braku jakiejś mega barwy ma moc, energię i pomysł na siebie. Nie jest tylko dodatkiem, a raczej wypełnieniem i szlifem. Widać też, że zespół ruszył na poszukiwanie czysto heavy metalowego klimatu w dwudziestym pierwszym wieku, co jest karkołomne. I udało im się znaleźć magię i miecz, i do tego pokazać pazur lub dwa. Warto wyruszyć z nimi choćby raz na tą wyprawę w krainę fantasy, nawet jeśli potem płyta rozmyje się w cieniu innych krążków z gatunku.

5,5/10

 

Music Wolves - Odstęp
Arshenic – Final Collosion

Recenzje – Arshenic

Arshenic – Final Collosion Na zachodzie w muzyce metalowej panuje ostatnio moda na żeńskie wokale – czego przykładem mogą być takie gwiazdy jak Nightwish, Evanscence…

Więcej ==>
Żywiołak ,,Wendzki sznyt”

Żywiołak ,,Wendzki sznyt”

Racz dać upust żywiołom, które drzemią w głębinach duszy Twej… Są takie kapele, których muzyka oddziałuje na zmysły z niemalże odurzającą mocą. Dźwięki docierają do…

Więcej ==>
Close Menu