Muzyczny cukierek z niespodzianką.

Często jest tak, że muzyka doskonale koresponduje z porami roku i warunkami panującymi za oknem. Pisząc ten tekst jesteśmy na progu jesieni, czasu zadumy i siedzenia pod kocem z herbatką i książką. Warto wtedy dobrać sobie również odpowiednią oprawę muzyczną, która będzie sunęła niespiesznie, aczkolwiek bardzo dosadnie. Takie dźwiękowe klimaty dostarcza nam najnowsza płyta szwajcarskiej grupy Echolot o tajemniczym tytule „Curatio”.

Z grupą zetknąłem się już kilka lat wcześniej przy wydaniu płyty „Destrudo”. Zaciekawili mnie w dużym stopniu swoją post rockową/post metalową opowieścią jednak nie do tego stopnia żebym nagle oszalał na ich punkcie. Wydana w tym roku płyta zdecydowanie bardziej przykuła moją uwagę. Brzmienie wydaje się jeszcze bardziej dopracowane, przestrzenne i mimo długości utworów (8-10 minut) mamy tu wykorzystaną każdą sekundę nagrania. Poprzednio na moje ucho nie było tak dobrze. Szwajcarskie trio dzieli się obowiązkami jak w dobrze prosperującej firmie a grający na basie wokalista zaskakuje raz za razem. Płyta zaczyna się niepozornie, utworem „Burdens of Sorrows” który na przestrzeni dziesięciu minut oferuje nam ogrom wrażeń. Od rockowego, nawet lekko jazzującego początku po black metalowe klimaty rodem ze Skandynawii. Przybrudzone, stoner/doomowym przesterem gitary rzężą bardzo przyjemnie, perkusja nadaje raz senny, raz bardzo żywiołowy, energiczny rytm co nadaje utworom dozę progresywności. Najbardziej tajemniczym i wyjątkowym utworem dla mnie na całej płycie zespołu Echolot jest „Countness of Ice”. Ambientowa, kosmiczna atmosfera towarzysząca instrumentarium zabiera nas w nieznane, magiczne miejsca i oferuje moc sonicznych wrażeń. Pojawiają się tu wyraźne wpływy charakterystyczne dla muzyki Cult of Luna, Pelican czy nawet momentami…Pink Floyd. Zespół nie krępuje się czerpać z najlepszych wzorców i wykorzystywać na nowo sprawdzonych patentów.

Na płycie „Curatio” podoba mi się, że pomimo czterech utworów i słusznej długości płyty nic nie jest tu przegadane. Momenty ciszy czy delikatnych, subtelnych dźwięków ładnie kontrastują z agresją pojawiającą się momentami i gasnącą niczym zdmuchnięty płomień świecy. Całość kończąca się utworem „Wildfire” to z początku intensywnie pulsujący agresywnym riffem utwór gdzie nagle pojawiają się blasty a następnie zakończenie jest czysto progresywno-rockowe. Bardzo ciekawy zabieg.

Nowy album grupy Echolot to płyta przy której warto się zatrzymać. Jednych zajmie na dłużej, innych na krótszy czas a jeszcze innych być może wcale. W każdym razie warto dać tej płycie przynajmniej jedną szansę.

7/10 Michał D.

Music Wolves - Odstęp

Pistilos Opium – „Hibrido”

Diabły z Chille Zaskakuje mnie mój naczelny. Zaskakuje mnie dostępnym i wiadomym tylko jemu arsenałem materiałów do zrecenzowania. Tydzień temu był słaby, polski heavy metalowy…

Więcej ==>