Dźwięki otchłani

Warto w życiu odpowiedzieć sobie na bardzo ważne pytanie: co lubię w życiu robić? A potem zacząć to robić. Nasza egzystencja pokazuje nam, jak dobrze w natłoku codziennych obowiązków i prozy życia jest mieć hobby i pewien wentyl bezpieczeństwa, żeby nie zwariować. Można pisać wiersze, grać na fagocie, śpiewać w chórze albo założyć zespół i łoić w instrumenty, tworząc ciężką i hermetyczną muzykę. Taki właśnie plan mieli bohaterowie, czyli zespół Fatigue, nagrywając najnowsze dzieło, płytę „III”.

Grupa Fatigue powstała w 2014 roku i tworzy ją trzech muzyków: Skovronsky alias Tinez Es (gitara, wokal), Szpila (gitara basowa) oraz Szewcu (perkusja). Ich muzyka to fuzja black i doom metalu przemieszanego ze sludgeowymi brzmieniami (gdzieś tu odnajduję brzmienia Neurosis czy Cult of Luna). Na najnowszym albumie „III” znajduje się siedem utworów tworzących łącznie trzydzieści sześć minut muzyki. Muzyki selektywnej, intrygującej i pozostawiającej słuchacza z uczuciem niedosytu. To tak, jakby zamówiło się ulubione danie i po zjedzeniu było zdziwionym, że już nic nie zostało. Gitarowe riffy, sekcja rytmiczna oraz krzykliwy wokal zmyślnie manipulują tempem i gęstością emocji w każdej sekundzie. Widać, że panowie świetnie wyczuwają, kiedy należy przyspieszyć, a kiedy można wolno sunąć i rytmicznie bujać głową. Jestem tym bardzo pozytywnie zaskoczony, gdyż często zespoły krzyżujące ze sobą różne, często skrajnie różne od siebie gatunki nie mają dobrego wyczucia tempa i przytłaczają słuchacza, grając nadmiernie szybko czy przeciwnie – zbyt wolno. Fatigue z tym problemu nie ma, a płyta ma doskonały puls, co stanowi jej ogromny atut.

Z racji tego, że lubię czytać przy muzyce, bardzo chętnie zagłębiam się w lekturę przy muzyce z najnowszej płyty Fatigue. Szczególnie polecam fanom thrillerów lub kryminałów, gdyż zimna, ekspresyjna muzyka idealnie pasuje do tego typu literatury. Utwory takie jak: „Cycle”, „Super Sober Ego”, „Eon” czy spinający całość, przypominający demoniczny zew „Grind”, mogłyby tworzyć spokojnie ścieżkę dźwiękową dla offowej produkcji. Szczerze powiedziawszy, widziałbym je nawet w teatrze (skoro Furia mogła udźwiękowić spektakl „Wesele”, to dlaczego ktoś inny nie mógłby?). Cieszy również to, że poprzez zaniechanie popularnego dziś kombinatorstwa i wymyślania koła na nowo, zespół Fatigue serwuje nam proste, konkretne granie, które naprawdę potrafi zaciekawić. Z jednej strony jako słuchacze wiemy, że wszystko już gdzieś było, ale z drugiej dostajemy to w naprawdę unikatowej i pysznej formie.

Na koniec dodam tylko jedno – oby tak dalej!

9/10 Michał Drab

Music Wolves - Odstęp

Merkfolk „Echo” – recenzja

Echa czasów dawnych folk niosący wprost do uszu i serc Waszych wtargnie i na dłużej zagości… Jeśliś wrażliwość posiadł ponadprzeciętną, a w sercu słowiański płonie…

Więcej ==>

Malacoda – „Crawling Chaos” EP

Pełzający chaos z Kanady Nie samym Brianem Adamsem czy Nicklebackiem Kanada stoi. Mimo iż są to uznani reprezentanci tamtejszej sceny muzycznej, to pośród jej niemainstreamowej…

Więcej ==>