Świeży debiut ze śląska.

No i mamy 2021 a u nas na początek roku zupełna świeżynka – wydany zaledwie kilkanaście dni temu, debiutancki album ekipy z Rybnika, prezentującej się światu pod nazwą Kingsphere. Pomysłodawcą projektu jest znany z kapeli Fleshbang gitarzysta, Marek Kula, odpowiedzialny za muzykę na płycie. Wokale obstawia Piotr Miliczek. Gościnnie na płycie pojawia się także wokalista Fleshbanga, Mati.

Muzycznie Kingsphere to miks modern metalu, melodyjnego death, metalocore a wszystko przyprawione klimatyczną elektroniką. Cóż, mieszanka dość wybuchowa i pewnie nie każdemu podpasuje. Mi osobiście całkiem weszło i to już od pierwszych odsłuchów. Przekonuje mnie przede wszystkim wokal Piotrka, agresywny, pełen energii i wściekłości w wykrzyczanych zwrotkach a kontrastująco łagodny w czysto i melodyjnie zaśpiewanych refrenach. Ten schemat towarzyszy nam w zasadzie na całej płycie, również w utworze „Snakes”, gdzie Piotrek współdzieli partie wokalne ze wspomnianym wcześniej Matim, którego wokal także mocno kopie dupsko. Schemat sam w sobie na dłuższą metę nieco monotonny i liczę na więcej urozmaicenia w konstrukcji przyszłych utworów.

Mega pasują mi gary. Są bardzo wyraziste, nadają energii całemu przekazowi muzycznemu, wbijają się w mózg tak przekonująco, że aż trudno uwierzyć, że materiał został zrealizowany w domowym studio. Gitary także pozostają na wysokim poziomie – bardzo przyjemne, profesjonalnie zagrane riffy, porywające i świetnie uzupełniające się z bębnami. Już od pierwszych akordów „Hell’s Line”, po grzecznej rozbiegówce uderza w nas ściana dźwięku generowanego przez struny, by w refrenie przejść w łagodny pejzaż melodii. W drugim „Weak Over Blind” nieco wyraźniejszy jest kolejny element, który do mnie przemawia na tej płycie a mianowicie klawisze. Generalnie jestem dużym zwolennikiem elektronicznych brzmień i uwielbiam, kiedy dodają kolorytu i klimatu surowym, metalowym produkcjom. Tutaj ten element zadziałał bardzo dobrze i jako całość warstwa muzyczna pozostaje spójna i wyrazista w swoim przekazie.

Jeśli miałbym wskazać faworytów to do tych na pewno należy „Thorn In The Eye”, który wręcz kipi energią i agresją. Przekaz wokalny robi robotę, ale i warstwa muzyczna solidnie kopie po bębenkach. Jeszcze lepiej jest w „Brute Force”, po prostu miazga. Zwrotki rozwalają mocą wokalu i perkusji a refren przyprawia o gęsią skórkę. No i oczywiście, jako trzeci na pudle ląduje „Snakes”, wiadomo czemu. Co mi się nie podoba to zamykający album kawałek „Programmed”, którego wskaźnik słodyczy niebezpiecznie zaczyna się wychylać w rejony zarezerwowane dla brzmień chociażby ze stajni Nightwish. Nie kupuję.

Reasumując, Kinsphere to profesjonalnie zrobiony, mega-energetyczny materiał, który może zadziałać lepiej niż aspiryna na drugi dzień po dobrej imprezie. Ciekawa i odważna kombinacja stylów i brzmień, różnorodna, chociaż same kompozycje są dość schematyczne. Chłopaki nie nudzą nawet po kilku przesłuchaniach (no może z wyjątkiem ostatniego kawałka). Czekam na więcej, bo po tych 33 minutach materiału pozostaje pewien niedosyt.

7/10
Tomek S.

Music Wolves - Odstęp

Echolot – Curatio – recenzja

Muzyczny cukierek z niespodzianką. Często jest tak, że muzyka doskonale koresponduje z porami roku i warunkami panującymi za oknem. Pisząc ten tekst jesteśmy na progu…

Więcej ==>