American Scream

Minęło pięć lat od wydania ostatniego krążka Lamb of god, który wybrzmiał zbyt szybko. Nie pamiętam już, na łamach jakiego portalu napisałem, że VII: Sturm und Drang brzmi, jakby energia zespołu zaczęła się wypalać, jakby zwolnili i zgubili się na chwilkę. Możliwe, że oni też tak uznali, bo zrobili chwilę odpoczynku, skoczyli na chwilę w inne projekty i po najdłuższej, studyjnej przerwie wydali album self titled. Od razu rodzi się pierwsze pytanie, czy po dziewięciu pełnych krążkach, pięciu nominacjach do Grammy i ponad dwudziestu latach na scenie da się kolejną płytą zdefiniować zespół i pokazać, że tak właśnie brzmi Lamb of god?

No i zaczęło się ciekawe, mroczne, niepokojące i promujące już wcześniej krążek intro. Memento Mori otwiera ten czterdziestominutowy bieg i już wiemy, jest szybko, jest ostro, jest agresywnie. Randy Blythe i jego mocny wrzask przeszywają do kości, w tym jakże klimatycznym i z początku lekko mrożącym krew w żyłach kawałku. Lekko, bo po delikatnym wstępie mamy powiew prawdziwego, mocnego grania. Zespół nie zwalnia, nie ma ballad, jest agresja i brutalność. Zaraz potem wchodzi kolejny singiel, „Checkmate” z przyjemnym zapadającym w pamięć gitarowym graniem w tle i mocnymi wrzaskami. Gears daje nam mocno po głowie tekstem. To w ogóle mocna strona Lamb of God i Randiego, szczególnie dla tych, którzy nie chcą, by wokal był tylko ozdobą, a czymś ciekawym do przemyśleń, szczególnie o współczesnej Ameryce, jej polityce i liderach. Owszem nie trzeba się z nimi zgadzać, ale punkowe i hardcorowe korzenie lidera zespołu nie dadzą o sobie zapomnieć. Kolejne utwory otwierają coraz to nowsze pokłady złości i agresji. „New Colossal Hate” i „Resurrection Man” niby lekko odpuszczają, ale to tylko pozór, ich miażdżąca moc zostanie ze mną na długo. Nie obyło się bez niespodzianek w postaci gości. Świetnym pomysłem było zaproszenie Jameya Jasty z Hatebreed. Kawałek nabiera hardcorowo-thrashowej mocy i zostaje na długo w pamięci. Chuck Billy z Testamentu jest drugą niespodzianką i wypada chyba nawet lepiej, zwłaszcza biorąc pod uwagę różnice w stylu śpiewania dwóch wokalistów… oraz to, że jest to chyba najświeższy i najsoczystszy w gitarach kawałek.
Chciałbym się zacząć czepiać, że płyta jest wtórna, że zespołowi skończyły się pomysły i tym podobne hasła. Nie da się niestety, mimo że to kolejna płyta Lamb of God. To nie rewolucja, to nie nowy szok muzyczny. Jednak widać tu, że zespołowi nie trzeba przedefiniować siebie, nie trzeba wymyślać muzyki na nowo. Doskonale wiedzą, co robią i mają dalej energię. Płyta jest świetnym odświeżeniem materiału, gigantyczną dawką energii typowej dla zespołu – szybkiej i agresywnej, ale bez zabójczego tempa znanego z grindów. Płyta zostanie ze mną na pewno na dłużej niż jej poprzedniczka, a nawet podejrzewam, że wrócę do niej po latach.

8/10

Kri-Su

Music Wolves - Odstęp

Merkfolk „Echo” – recenzja

Echa czasów dawnych folk niosący wprost do uszu i serc Waszych wtargnie i na dłużej zagości… Jeśliś wrażliwość posiadł ponadprzeciętną, a w sercu słowiański płonie…

Więcej ==>