Shagreen - pod takim pseudonimem na co dzień występuje młoda, polska i zarazem wybitnie utalentowana piosenkarka, producentka muzyczna, skrzypaczka etc. Nazywa się Natalia Gadzina-Grochowska, jest laureatką licznych prestiżowych konkursów wokalnych, wzięła udział w tegorocznej edycji Castle Party. Zgodziła się podzielić ze mną i Czytelnikami Music Wolves swoimi przeżyciami i doświadczeniami muzycznymi. Niestety, ja nie miałem przyjemności wysłuchania występu Natalii podczas CP, jednak spotkał mnie dwa razy zaszczyt związany z jej charyzmatyczną osobowością. Pierwszy z powodu recenzowania ostatniego wydawnictwa Shagreen, pt. „Standstill”, natomiast drugi, za który jestem wdzięczny losowi, to możliwość przeprowadzenia z nią wywiadu.

– Witam Cię, Natalio, w imieniu redakcji Music Wolves, naszych drogich Czytelników jak i swoim. Dziękujemy Ci z całego serducha, że znalazłaś kilka chwil, by porozmawiać z nami. Tyle słowem wstępu, pozwól, że przejdę do konkretów. Zatem ad rem. Z tego, co mi wiadomo, już od najmłodszych lat jesteś mocno związana z estradą. Wystąpiłaś w programie „Od przedszkola do Opola” (2001 r.), by następnie zaśpiewać w „Szansie na sukces” (2003 r.), gdzie wykonałaś „Śpiewam pod gołym niebem” z repertuaru Ireny Jarockiej, który pozwolił Ci wygrać odcinek, a następnie utorował drogę do wielkiego finału w Sali Kongresowej (2004 r.). W związku z tym można śmiało przyjąć tezę, że już będąc dzieckiem, zdobywałaś szczyty kariery muzycznej. Opowiedz, jakie były początki. Czy to Twoja ogromna wola sprawiła, że śpiew i muzyka stały się nieodzowną częścią życia, czy też ktoś Cię do tego zachęcił?

– Wkręciłam się w muzykę w bardzo wczesnym dzieciństwie – moi rodzice są nauczycielami muzyki, w domu od zawsze dużo się grało i śpiewało, więc przyswojenie tej pasji wyszło mi całkiem naturalnie. Najpierw rodzice uczyli mnie gry na pianinie, potem doszło do tego śpiewanie, aż w końcu zostałam przyjęta do szkoły muzycznej, która była oddalona o 60 km od mojej rodzinnej miejscowości. Moim głównym instrumentem były skrzypce, musiałam też przejść przez wszystkie przedmioty teoretyczne, które w tamtym czasie wydawały mi się stratą czasu, ale dziś doceniam, jak bardzo ta wiedza pomaga mi w tworzeniu własnej muzyki. Byłam zawsze bardzo aktywna, rozdarta między dwiema szkołami, biegająca od jednego miejsca do drugiego. Obcowanie z muzyką na co dzień sprawiło, że do dzisiaj uważam to za stan naturalny. Dużo się uczyłam, zdobyłam muzyczne wykształcenie i doświadczenie, ale nie wiedziałam, co z tym wszystkim zrobić dalej. Dopiero wiele lat później, po skończonych studiach, odważyłam się upublicznić autorską twórczość i to był strzał w dziesiątkę – wtedy poczułam, że właśnie to chciałam robić całe życie, że właśnie po to była ta szkoła.

– Podczas rekonesansu na temat Twojej twórczości ustaliłem, że popełniłaś kilka projektów z artystami z tzw. mainstreamu, między innymi: „Fotografie” Janusza Panasewicza, singiel „Tylko z Tobą chcę być sobą” Łukasza Zagrobelnego” czy „Na cześć wariata” Ani Wyszkoni. Z tego, co też powszechnie wiadomo, brałaś udział w nagraniach muzycznych do filmów: „Heavy Mental”, „Psubrat” i „7 uczuć”. Jak przebiegała Twoja współpraca z ludźmi, których piosenki znajdują się na szczytach polskich list przebojów?

– Wspominam to bardzo miło. Cieszę się, że mogłam się sprawdzić również w pracy muzyka sesyjnego. Dużo się dzięki temu nauczyłam, zobaczyłam, jak pracuje się przy takich produkcjach i projektach. To doświadczenie na pewno mi pomogło w dalszej pracy.

W 2015 r. zajmowałaś się remiksami m.in. dla Lari Lu i Small Mechanics. Jak wspominasz ten okres swojej działalności?

– Remiks dla Lari Lu to był tak naprawdę mój debiut jako producentki muzycznej i słychać tam mniej więcej przyszłe brzmienie Shagreen. To moje pierwsze wyjście do ludzi ze swoją własną, w pełni autorską twórczością. Remiks dla Small Mechanics to z kolei moja praca konkursowa dla „Czwórki” – to tam usłyszałam o tym, że organizowany jest konkurs na remiks piosenek tego zespołu, a ponieważ kilka tygodni wcześniej wyprodukowałam „Białą noc” dla Lari Lu, to chciałam spróbować też tutaj. Udało mi się wygrać i w ten sposób trafiłam na drugi album z remiksami w ciągu kilku miesięcy! To był mój ogromny sukces i motywacja, aby pociągnąć to dalej, robić więcej produkcji, poznawać ludzi, wchodzić w różne współprace.

Jak podają źródła, rok 2017 był dla Ciebie przełomowy, bo wówczas narodziła się Shagreen. Pod tym pseudonimem wzięłaś udział w konkursie „Nextpop 2Track”, w którym zajęłaś drugie miejsce, za wykonanie „Hidden” Milky’ego Wishlake’a, nadając utworowi swoją wyrazistą interpretację. Czy byłaś usatysfakcjonowana drugą lokatą, czy raczej rozczarowana?

– Byłam najszczęśliwsza na świecie! Wzięłam udział w tym konkursie dla przyjemności, chciałam po prostu nauczyć się produkować, odważyć się wyjść ze swoimi pomysłami do szerszej publiczności. Nie spodziewałam się wyróżnienia. A wygrałam chyba najfajniejszą nagrodę, bo weekendowy wyjazd. To najbardziej kreatywna nagroda, jaką kiedykolwiek otrzymałam. W konkursie w końcu wzięłam udział jako Shagreen – to był kolejny przełom, bo pomysł na ten pseudonim chodził mi po głowie już dwa lata wcześniej, ale jakoś bałam się go użyć. Użycie go oznaczało, że moje artystyczne alter ego się ucieleśniło.

– Zaraz po „Nextpop 2Track” pojawia się Twój debiutancki singiel „Shadows”, a po nim kolejne i w tym samym roku na polskim rynku wydałaś pierwszą epkę zatytułowaną „Darkest Place”. Co zainspirowało Cię do stworzenia tego wydawnictwa?

– Kilka piosenek miałam już nagranych, niby pierwsze teledyski już poszły w świat, a jednak ciągle brakowało mi nadania twórczości Shagreen jakiejś formy. Na album było za wcześnie, bo nie miałam tyle materiału i nie miałam też pomysłu, więc wytwórnia No Devotion Records zaproponowała, żebyśmy razem wydali najpierw epkę. Znalazły się tam piosenki, które były już wtedy gotowe, pojawiła się możliwość, aby ich mastering wykonał Erie Loch, co było dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Z perspektywy czasu uważam, że był to dobry start.

Dwa lata później (2019 r.) wydałaś swojego debiutanckiego długograja „Falling Dreams”, utrzymanego w popowo-triphopowo-darkwave’owych klimatach. Odbił się on szerokim echem w świecie muzycznym, chociażby za granicą m.in. za sprawą masteringu Erie’ego Locha, znanego ze współpracy z formacjami takimi jak Skinny Puppy czy Front Line Assembly. Zainteresowanie nim było tak duże, że chorwacka wytwórnia No Profit Recordings postanowiła wydać jego limitowaną wersję na winylu. A jak polska publiczność i krytycy przyjęli „Falling Dreams”?

– Bardzo pozytywnie, spotkałam się z wieloma ciepłymi słowami na temat tego albumu. Oczywiście zdarzyły się też pewne słowa krytyki i wątpliwości, ale dla mnie to dobrze, bo oznacza, że materiał budzi emocje, a to zawsze było dla mnie bardzo ważne. „Falling Dreams” było dla mnie przepustką do rozgłośni radiowych, dzięki temu albumowi zagrałam wiele koncertów i supportów przed świetnymi zespołami. Zawdzięczam temu materiałowi pierwsze poważne sukcesy Shagreen. O pozytywnym przyjęciu świadczyć może również fakt, że płyty CD już się praktycznie wyprzedały – zostało tylko kilka sztuk w sklepach internetowych. Mam jeszcze trochę płyt winylowych, ale i one cały czas są kupowane, choć od wydania debiutu minęło już ponad 2,5 roku.

– W tym roku wydałaś „Standstill”. Bardzo mroczny, ciekawy, mocno elektroniczny album, gdzie również pojawiają się nierzadko gitara i inne instrumenty. W połączeniu z Twoim wokalem tworzy to spójną całość, choć momentami wydawałoby się, że słychać pewien dysonans między linią muzyczną a linią wokalu. Jednakże tu jest pewien haczyk, przynajmniej w mojej opinii, który od słuchacza wymaga większej koncentracji, odbycia podróży na wyższe stany świadomości, by przekonać się, że to tylko iluzja… Ja słyszę inspiracje: Toolem, Pusciferem, Nine Inch Nails… Chcę zapytać Ciebie, u samego źródła, które zespoły czy wykonawcy wywarli największy wpływ przy tworzeniu „Standstill”?

– Jestem wielką fanką Nine Inch Nails, od kiedy odkryłam ten zespół w wieku 15 lat i to właśnie historia Trenta Reznora zainspirowała mnie do tego, żeby w ogóle zacząć tworzyć samodzielnie muzykę. Z kolei z zespołów Maynarda Jamesa Keenana najbardziej lubię A Perfect Circle. Podczas nagrywania „Standstill” postanowiłam jednak świadomie odpuścić sobie słuchanie tych składów, ponieważ chciałam odejść od łatki „brzmienia jak Nine Inch Nails” (takie porównania zdarzały się przy pierwszej płycie), na pewno jednak te inspiracje są w jakimś stopniu słyszalne, w końcu jest to muzyka, którą kocham najbardziej. W trakcie pracy nad „Standstill” słuchałam dużo starszego popu, rocka industrialnego (innego niż NIN) i sporo drum&bassu. Często wracałam do płyt: Gary’ego Numana, Massive Attack, Björk oraz do muzyki, która modna była jakieś 20 lat temu. Poza tym – co może być nieco zaskakujące – wróciłam też do mojej nietypowej inspiracji sprzed lat, czyli do albumu Madonny „Ray of light”. Dziewiąta piosenka na „Standstill”, „Any second now”, została przeze mnie skomponowana w 2013 r. i inspirowana jest właśnie tym albumem, więc kiedy ją produkowałam 8 lat później, ponownie zasłuchiwałam się w takie utwory jak „Frozen” czy „The power of goodbye”. Do Nine Inch Nails wróciłam na samym końcu pracy nad „Standstill”, czyli na etapie miksów. Padło na „With Teeth”, bo to chyba mój ulubiony brzmieniowo album Reznora.

– W tym roku wystąpiłaś na dwóch dużych imprezach. Swoją twórczością podzieliłaś się z widownią podczas tegorocznej edycji Castle Party oraz dałaś koncert w Muzycznym Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej, który można było wysłuchać na antenie „Trójki”. Z tego, co mi wiadomo, publiczność na Castle Party przyjęła Cię bardzo energicznie i żywiołowo. Niestety, słyszałem o tym z relacji uczestników tej imprezy. W związku z tym mocno żałuję, że nie mogłem się tam wtedy pojawić i poczuć tę niesamowitą aurę, która tam wówczas panowała, szczególnie podczas Twojego występu. Jakie są Twoje odczucia w związku z przyjęciem Twojego występu przez publikę na zamku w Bolkowie?

– Dzień występu w Bolkowie będę wspominać jako jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Publiczność bardzo doceniła moją muzykę, wystąpiłam na scenie z najbliższą mi osobą, a na widowni widziałam mnóstwo entuzjastycznych reakcji. Po koncercie z kolei odbyłam wiele pięknych rozmów z ludźmi, którzy podeszli pogratulować występu, a także z tymi, którzy kupili moje płyty i chcieli zdobyć podpis lub zrobić sobie ze mną zdjęcie. Nie jestem w stanie opisać słowami tego stanu, bo mam wrażenie, że takie dni zdarzają się niewiele razy w życiu. Miałam wrażenie, że właśnie dla takich chwil warto to wszystko robić, nawet jeśli momentami jest trudno.

Odniosę się jeszcze do części mojego poprzedniego pytania, w której poruszyłem kwestię Twojego koncertu dla radiowej „Trójki”. Czy napotkaliście na jakieś problemy związane z tym występem, czy odbył się on na zaproszenie Polskiego Radia? Które numery poszły w ogień, bo nie wszyscy nasi Czytelnicy mieli okazję posłuchać?

– Otrzymałam zaproszenie od Polskiego Radia i nie postawiono mi żadnych warunków. Mogłam zagrać koncert, jaki chciałam, w składzie, jaki sobie sama wybrałam. Uznałam to za świetny pretekst nie tylko do pokazania się szerszej publiczności i wystąpienia w pełnym składzie 3-osobowym, ale też do zagrania mocniejszego niż zwykle koncertu, z dosadniejszym przekazem. Zagraliśmy niemal same mocne piosenki z obydwu moich płyt, takie jak: „Shadows”, „What are you now”, „In stone”, obowiązkowo oczywiście wszystkie single z „Bold lines” i „Time” na czele oraz ze dwie ballady w ramach odpoczynku. Był to zdecydowanie mój najbardziej wyczerpujący koncert zarówno głosowo, jak i emocjonalnie, jednak mam nadzieję, że publiczność poczuła to, co miało być w nim najważniejsze. Po komentarzach widziałam, że chyba się udało, niektórzy trafili na nas przez przypadek przełączając stacje radiowe, a inni specjalnie dla nas włączyli „Trójkę” pierwszy raz po dłuższym czasie.

Twoje plany muzyczne na przyszłość…

– Chciałabym wydać „Standstill” na winylu. A poza tym cały czas chcę grać koncerty, pisać nowe piosenki, produkować, uczyć się. Jestem ciekawa co przyniesie przyszłość, im mniej planuję, tym więcej miłych rzeczy mnie spotyka, więc może już lepiej nie planować.

Wiem, że jest teraz trudny okres związany z planowaniem koncertów na żywo, jak pokazuje życie przez dwa ostatnie lata, szczególnie w okresie jesienno-zimowym ze względu na wiadomo co, to mimo wszystko i tak zapytam o Twoje koncerty najbliższym czasie. Gdzie i kiedy będzie można Cię zobaczyć i usłyszeć na żywo?

– 30 października gram na imprezie Halloween w Zamku Pogłos w Warszawie. A później – się zobaczy 🙂

Gdzie można nabyć Twoje dotychczasowe wydawnictwa?

– Przede wszystkim na mojej stronie Bandcamp – https://shagreen.bandcamp.com/. Z kolei mój pierwszy album „Falling Dreams” na CD jest jeszcze dostępny w internetowych sklepach muzycznych, na przykład empik.com, Bonito czy Allegro. Płyt nie zostało dużo, bo około 10 sztuk, ale to jedyne miejsca, w których można je teraz kupić.

– Dziękuję Ci bardzo w imieniu swoim, redakcji i wszystkich Czytelników Music Wolves za to, że poświęciłaś swój cenny czas, by odpowiedzieć na kilka pytań związanych z Twoją twórczością. Życzymy Ci zdrowia, samych sukcesów, a także nieustającej radości oraz energii czerpanych przez Ciebie z działalności muzycznej, którą dzielisz się z nami każdego dnia. Wszystkiego, co najlepsze!

– Bardzo dziękuję!

Music Wolves - Odstęp
Killsorrow

Wywiad – Killsorrow

Killsorrow – wywiad Killsorrow to krakowski zespół grający melodic groove metal. Ich działalność rozpoczęła się w roku 2008 za sprawą gitarzysty Michała Sokoła. „Metalu nauczył…

Więcej ==>

Unborn suffer „COVERED IN GRIND” – premiera albumu

Jest to ten moment, w którym dźwięk przejmuje kontrolę, a człowiek ją traci – w obszernym wywiadzie dla Music Wolves o nowej płycie „Radiance of a Thousand Suns” industrial-metalowego Whalesong, pasji, inspiracjach twórczych, koncertach oraz swojej pracy opowiada multiinstrumentalista, wokalista i kompozytor – Michał Neithan Kiełbasa.

Więcej ==>