Black Metalowa podróż w nieznane w najlepszym możliwym składzie.

Jak wiadomo, supergrupy to przepis zarówno na super sukces, jak i spektakularną klapę. Zebranie muzyków z najlepszych i odnoszących sukcesy składów daje wielkie szanse na stworzenie niezapomnianego hitu, jak chociażby The Highwaymen, ale też wielkie oczekiwania nie zostawiają miejsca na żadne błędy i pomyłki, jakie położyły na przykład SuperHeavy. Tym razem w skład takiego zespołu weszli członkowie takich ikon sceny metalowej, jak Vader, Hate, Lux Occulta i prawdopodobnie Batushka. Oczywiście dla chcących kopać w internecie zostawiam wolną drogę do znajdowania, kto dzierży w zespole jaką funkcje, jednak mimo wszystko oficjalnie oni dalej są anonimowi, co wpisuje się w modę na zespoły ukrywające wizerunek. Dostarczona rok temu epka dała do zrozumienia, że nie będzie to amatorski i lekki materiał, a rozczarowuje tylko to, że każdy utwór z niej znalazł się na tej płycie. Nie ma co ukrywać, tu wady się kończą, a płyta spuszcza solidny łomot.

Zaczynamy mocno, równie death metalowym, co blackowym Aris. Nie wiem, czy lepszy utwór mógłby promować tą płytę – szaleńcze tempo, mocna perkusja, przygniatający wokal i gotyckie, pogrzebowe organy między tym dają efekt tak nieziemski, że zostanie ze mną jeszcze na długo. Nie brakuje też grania bardziej złożonego i klimatycznego, jak choćby w drugim utworze Blind to My Faith, zaczynającym się jak mroczna podróż przez ciemny las, żeby potem z delikatności przejść w piekielne blasty i ciężkie rozrywające wokale. Gitara niesie nas po tym utworze… aż nagle wszystko milknie i przechodzi w coś całkiem innego, wygaszonego, mrocznego i spokojnego. Wrażenie, jakie robi ten utwór zostaje z człowiekiem na długi czas, zwłaszcza kiedy słucha się tego na dobrych słuchawkach. Dla ortodoksów muzycznych mam dobrą wiadomość, klawisze nie są tu numerem jeden, a tylko dodatkiem w wybranych utworach, kiedy słuchacza trzeba zmiękczyć. Kiedy przejdziemy przez czysto blackmetalowe dzieło, mroczne i ciężkie, powoli sączące jad do ucha, jakim jest Into the Dark, przechodzimy w dalsze i głębsze zakamarki mroku i zła. Złowieszcze szepty, mroczne tonacje i hipnotyczne rytmy dominują środkową część płyty, ale nie nudzą, nie przechodzą w banał. Przedostanie Wolves of Morning Dawn sprawia, że ciarki po plecach biegają, po lekkim wstępie wchodzą znowu zabójcze rytmy i ciężkie wokale, energiczne, porywające i pełne nienawistnej siły. No i finałowy cover Passing Away, który idealnie wykańcza całość, ale też sprawia, że oryginał Lox Occulty blednie, staje się słaby i delikatny. Ta wersja przeszywa i prowadzi odbiorcę przez krainę mar godnych obrazów Beksińskiego.

Płyta ma świetne mixy, jest bardzo pieczołowicie wyprodukowana i nagrana. Robi piorunujące wrażenie od pierwszej nuty, aż po ostatnią i do tego nie znika z głowy, nie pozostawia odbiorcy z niczym, a wręcz przeciwnie, zostaje z nim na długo. Jasne, malkontenci i fani wiecznej awangardy powiedzą, że to tylko black metal z nalotami, że nie jest to nowy Igorrr lub The Body, jednak ta płyta ma moc, jest świeża, idealna na czasy pełne niepewności i gniewu. Ciężko mi znaleźć coś, czego mógłbym się doczepić. Album mnie zaskakiwał, wodził tam, gdzie chciał i nie dawał nawet chwili wytchnienia, a potem chciałem jeszcze raz go słuchać. Załoga zrobiła świetną robotę i mam nadzieję, że ruszą z tym w trasę, jak tylko będzie się dało. Na razie jest to mój typ w konkursie na polską płytę roku i na pewno jeden z najlepszych debiutów, jakie słyszałem, nawet mając w pamięci, że to skład złożony ze starych wyjadaczy.

 

9/10!!!

Kri Su

Music Wolves - Odstęp

Pistilos Opium – „Hibrido”

Diabły z Chille Zaskakuje mnie mój naczelny. Zaskakuje mnie dostępnym i wiadomym tylko jemu arsenałem materiałów do zrecenzowania. Tydzień temu był słaby, polski heavy metalowy…

Więcej ==>

Cinereous Rain – „I” – recenzja

Niezależny hałas, niepohamowany mrok. Równowaga w przyrodzie jest potrzebna, tak samo jak w życiu. Dobrze jest odpocząć, wyciszyć się i słuchać kojących uszy dźwięków. Dobrze…

Więcej ==>