W erze powrotu kapel można to robić dobrze lub kiepsko. Destroyer’s udowodnili, że można wrócić z pełną mocą i nie zniknąć zaraz po wydaniu płyty, a co więcej zacząć mieć fanów w młodym pokoleniu i przede wszystkim nie dać się fali marudzenia. O hejcie, muzyce i sytuacji koncertowej miałem okazję porozmawiać z Markiem Łozą, liderem zespołu.

Krisu: Zacznę od pewnie banalnego, ale dalej nurtującego wielu pytania. Dlaczego was nie było i gdzie byliście, jak was nie było?

Marek Łoza: Nie było nas, dlatego że kolejne składy rozpadały się. Wszyscy w tym czasie uciekali do Niemiec. Najpierw był Fred, który już nie żyje, wyjechał do Niemiec. Potem Adam wyjechał do Niemiec, wzięliśmy Waldka, który nagrywał z nami drugą płytę, też wyjechał do Niemiec. Potem Bolek nawet wyjechał do Niemiec. Do tego to był jakiś dziewięćdziesiąty czwarty rok, metal przestał być wielki, zaczął się grunge, nie było sensu. Ja to samo powiedziałem chłopakom teraz, że jeżeli mi też będą odchodzić, to ja już to pierdolę, już nie będę kolejnych muzyków szukał. Ale wiesz, to wszystko spowodowane było ekonomią, może nie, że z tego nie ma milionów, lecz z tego, że do tego cały czas trzeba dokładać, a żeby dobrze grać, trzeba by się przyłożyć. Na to nie ma czasu, robimy próbę, ten musi jechać z córką, temu wypadła nocka, tamtemu popołudniówka i dlatego wtedy padały składy, po prostu ludzie kolejni odchodzili, zostałem ja sam i właśnie perkusista z drugiej płyty, Wiczewski.

Kri: Wiele osób zastanawia się, czemu zespoły, które zniknęły w latach osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych, wracają, nie tak dawno nawet Wilczy Pająk wydał płytę i wy też teraz jedziecie z nowym materiałem i z koncertami. Co Was pcha do powrotu na niewdzięczną scenę, na której jak sam mówisz, próżno szukać fortuny.

M Ł.: Usłyszałem, że jest moda na te powroty, powrócili tamci, wrócili kolejni, więc pomyślałem, czemu tego samego nie spróbować? Początkowo chciałem zupełnie z innym składem, z perkusistą z drugiej płyty i z gitarzystą Waldkiem. Mieliśmy zrobić jakieś powtórki, nagrany na nowo krzyż, jakieś okręty, nic nowego. Chciałam nagrać jakiś numer na nowo i wrzucić to na YouTube’a i to wszystko, ale to nie wyszło. Z Waldkiem mieliśmy próbę, potem wyjechał do pracy i nie było go pół roku, tak to wyglądało. Przyszedł Wojtek, powiedział, że jest pomysł, wszystko było przygotowane, reaktywacja, wymyślił ten Helikon Dwa, że już gotowe, wszystko ktoś przygotował, więc czemu nie spróbować? Przyszedł do mnie Bolek i mówi – Wojtek cię szuka – i już był Bolek, był Wojtek, pogadaliśmy z resztą chłopaków. Początkowo miał być tylko ten reaktywacyjny koncert, ale taki był dobry odbiór, ludzie śpiewali te numery, naprawdę byłem zszokowany. Wcześniej chodziłem na koncerty metalowe wszystkie tam Judasy, Irony, Slayery, ale tej sceny nie znałem, nie wiedziałem, jak to wygląda, że jest aż tak źle. Ale przyjęcie było dobre, to mówię, spróbujemy.

Kri: Przejdźmy do bardziej mięsnych pytań. Jestem młodszym, ale już nie smarkatym fanem metalu i wiem, że te kilka pokoleń młodszych fanów, podobnie jak ja ma ogromny wybór muzyki. Spotify codziennie podrzuca dziesiątki nowych kapel w każdym stylu. Zamierzacie walczyć z tą konkurencją i wbić się na tak zwany szczyt, czy wracacie dla waszych starych dobrych fanów?

 

M.Ł.: Chyba to drugie, wiesz, nie ma szans być na topie. Byłoby śmiesznie, jakbym liczył na jakieś szczyty. Kurcze, to, że tu przyszli ludzie, że sam teledysk miał siedem tysięcy wyświetleń, to już chyba jest sukces. Wiesz co, porównują nas, nie z braku skromności, ale że tam do Luczyka. Oczywiście hejtują, strasznie, ale mówią, zobacz, że jesteście w najlepszym towarzystwie hejtowani, to i tak coś znaczy, zauważają nas. Wiesz, to już jest, jak na polskie warunki, to już coś jest.

 

Kri: Kiedy było łatwiej się wybić, w PRL czy teraz w erze demokracji?

 

M.Ł. : Zdecydowanie w PRL. Zobacz, wtedy nie umieliśmy grać, teraz umiemy, nie mieliśmy sprzętu, teraz mamy jakiś. Mimo wszystko Dziubiński i wierz mi, że nie za piękne oczy, tylko coś widocznie w tym zauważył. A było pełno takich zespołów. Ja zawsze powtarzam, jaki był, taki był, bo na niego jadą, ale to dzięki niemu dzisiaj tu jesteśmy. Bo to on nas kiedyś odkrył. Wiesz, no przecież graliśmy przy pełnym spodku, Hala Victoria, tam w Lublinie pamiętam, to było po dziesięć tysięcy osób, a teraz jak jest sto to się cieszymy, więc wydaje mi się, że wtedy.

Kri : Niedawno rozmawiałem z mniej legendarnym zespołem o tym, że scena melodic death metalowa to ruina, a w Polsce rządzi Behemoth, Mgła i Batiuszka. Scena thrashowa też nie ma się zbyt dobrze, a jak wy się odnajdujecie w nowej rzeczywistości?

 

M.Ł.: Nie wiem, czy rządzi aktualnie Behemoth. Jak oglądam Nergala, to on mi wypada prawie że z lodówki, na Instagramie co chwilę, bo to albo tamto. Jak wrzuciliśmy teledysk, to potem nie mieliśmy co wrzucać na Facebooka. Była ta pandemia, była cisza totalna, więc jakby coś zaczęliśmy działać, wrzucać, a potem kręcimy solówkę i też wrzucamy. Ktoś tam napisał, panowie to jest muzyka poważna, nie róbcie z tego pudelka, co chwilę coś wrzucać. Kurcze, ale Behemoth to pokazuje mi się w maseczce, to z kobietą, jak się goli, jak se paznokcie obcina, dosłownie, nie przesadzam. Ale mówią, że jest znienawidzony w Polsce, mówią, on to robi na zachód, w Polsce wszyscy go nienawidzą. Dowiedziałem się, że była tam jakaś grupa naszych fanów, wróciliśmy i chyba niczego więcej nie zwojujemy. Wydaje mi się, że ta płyta jest, nieskromnie mówiąc, dobra, nie ma żadnego zapchaj płytę numeru, naprawdę tak się przyłożyliśmy, tyle serca, czasu, pomysłów za każdym uderzeniem, a może tak, a może tak, a nie tak, a nie, zrób to inaczej. A potem mówimy, kurwa, słuchamy takich zespołów, grają jakąś taką mieszankę, my to zastanawiamy czy to tak, czy tak czy flażolety, czy tam uderzyć, czy nie, a oni grają i są popularni. Na przykład nasz wydawca znalazł jakiegoś blogera, który miał puścić teledysk, bo wtedy byłoby więcej wyświetleń. On odmówił, powiedział, że ta muzyka mu się podoba, ale teledysku nie puści. Potem na jego stronach zobaczyłem, co puszcza, to z drugiej strony się nie dziwię, że nas nie puścił. Dla mnie to była tragedia, nie mówię, że wszystko, ale to, co puścił przed nami jeden dzień od wyświetlenia. Ciężko z takimi konkurować, bo to oni są uważani za nowoczesnych, za trendy, że się wybijają, a my tam jesteśmy, no… stare odgrzewane kotlety.

Kri: A jak ty się zapatrujesz na polską scenę? Gdzie się lokują wasze sympatie we współczesnym, polskim metalu?

 

M.Ł.: Podoba mi się ten Kat Romana, nie podobała mi się ta płyta Luczyka, on gdzieś zatraca, tak rozmywa, intelektualizuje to, tam jest za dużo grania pokazania „ja gram”. Wiesz, ja też tak mało znam nazw, które ty mówisz, dla mnie to trudne pytanie, bo ja nie znam tej strony, nie rzucam nazwami. Na przykład nam manager mówi, nie grajcie dzisiaj, bo w okolicy gra jakiś Brudny Skurwiel i że wam publika nie przyjdzie, a ja nawet nie wiem, że coś takiego istnieje.

Kri: Jedną z rzeczy, która nurtuje mnie w metalu od lat, jest fakt, że jak twierdził Lemmy, gra się, żeby zaimponować płci pięknej, jednak metal to scena, gdzie wielcy faceci oglądają innych wielkich facetów. Sam też mówiłeś w paru wywiadach, że to płeć piękna zmotywowała cię do gry w zespole? Czy ten tłum długowłosych brodaczy pod sceną to sukces, czy porażka?

 

  1. Ł.: Po prostu chyba te piękne kobiety to były lata osiemdziesiąte, gdzieś tam Ameryka. Chociaż jak graliśmy wtedy, to wiesz, to rzeczywiście, ale jak miałem dziewiętnaście lat, to jakimiś siedemnastolatkom się podobałem, a to dla mnie była wtedy grupa docelowa. Ale czytam dużo biografii, bardzo dużo biografii i tak, jak mówiłem, kiedyś wystarczyło mieć długie włosy i mówić że się gra w zespole, już miałeś wzięcie. Co innego teraz.

Kri: Każdemu zespołowi zadaję pytania oparte na pewnym cytacie, o tym że zespoły metalowe dzielą się na podpalaczy kościołów i pogromców smoków. A jak to jest z Destroyers?

 

M.Ł.: Na pewno nie palenie kościołów, ale te smoki to też nie. Odpowiem tak, strasznie jebią, że tak powiem te nasze teksty, może się nie podobamy, no ale z tym się naprawdę nie zgodzę, bo każdy tekst jest tak głęboko przemyśliwany, czytam ileś publikacji na jego temat, szukam smaczków takich słów, żeby ktoś potem szukał, co tam jest, jak na przykład wszetecznica, nikolaizm, symonia, sam nie wiedziałem, co to znaczy. Żeby ludzie to, co śpiewam zabrali ze sobą, gdzieś wynieśli. To nie są teksty o smokach jakichś tam, staram się, żeby one były głębokie, więc ani tu, ani tu.

Kri: Wasza muzyka dzieliła i dzieli scenę muzyczną, wywołując skrajne emocje. Z jednej strony to dobrze, bo metal ma wywoływać emocje i trafiać tylko do wybranych…

 

M.Ł.: Jak ktoś powiedział, że się nie podobał mój głos, to może, ale jak mówię, że to jest chujowe, bo jest chujowe… no kurczę… To, że to jest chujowe, to może powiedzieć ktoś, kto słucha disco polo. Dla niego to jest chujowe, jak puszczam jakąś muzykę znajomemu, mówił – przepraszam cię, nie mogę tego słuchać, to jest straszne. Tylko ja go rozumiem, bo ja tak samo mogę zareagować, jakbyś mi puszczono rap, to też nie mogę, po prostu. Ale jak metalowcy tak mówią, to nie wiem dlaczego.

Kri : Jesteście mocno zakorzenieni w latach osiemdziesiątych i gdzie nie spojrzeć traktuje się was jak ciekawostkę, jak kapelę, która tylko powraca na scenę na dwa, trzy piwa i zaraz zniknie, i wróci do swojej epoki wraz z innymi, którym się szybko znudziło. Wasz nowy album też mimo nowoczesnego grania odnosi się do tamtej epoki. Bardzo mnie interesuje czy będziecie walczyć z tą opinią i czy zamierzacie się nią przejmować?

 

M.Ł: Nie przejmujemy się. Tą płytę nagraliśmy, bo ona gdzieś była z nami, to były nasze pomysły i w ogóle nie patrzyliśmy, że to nie ten pomysł, to się nie będzie podobało komuś, albo zagraj tamto, bo to się komuś spodoba w ogóle. Takie mówienie, że to jest takie z lat osiemdziesiątych, to nie jest prawda. Chociażby nasz perkusista, nowy nabytek, on to tak zagrał, że na pewno nie grali tak w latach osiemdziesiątych, tam jest nutka, chociażby ta perkusja jest dokładnie dzisiejsza, więc to nie jest prawda, ja nie powiem, może tak śpiewam, może gitary tak brzmią, takie są aranżacje, ale to nie jest dokładnie takie jak wtedy, bo jest trochę inne.

 

Kri : Jestem ciekaw czy to prawda, że Litza podkładał ci spirytus na koncertach?

 

M.Ł.: Nie spirytus, ale wódkę, Litza z technicznym od Dziubińskiego. Nie lubili mnie, bo się wtedy podobałem dziewczynom, taka jest prawda. Do tego ja mało piłem, nie byłem pijący wtedy i nadal nie jestem taki pijący. Podłożyli mi zamiast wody wódkę na scenie. Z tym się wiąże jeszcze jedna anegdota. Mało pamiętam z biegiem czasu, ale jak graliśmy w Jarocinie, to ponieważ byliśmy na samym końcu w Metal Mindzie, to wysłali nas na sam początek, że mamy grać pierwsi, a oni będą grali później, ten Wilczy Pająk, Turbo. Potem się okazało, że taka była obsuwa, że Turbo zagrało o szóstej rano, a my właśnie o dwunastej w nocy. No i przyszła nasza kolej na liście to my wchodzimy, oni chcieli to odkręcić, ale już się nie dało, byli tacy wkurwieni, zaczął mnie wyzywać od pedałów, ty pedale, ty Lala, taki a taki. Prawie że doszło do bijatyki. Ponoć on teraz jest w porządku, ja go nie spotkałem od tego czasu, ale wtedy tak było ostro.

 

Kri: Była nowa płyta, koncerty trwają, więc chyba powrót się udał? Jakie plany dalej? Może jakieś festiwale?

 

M.Ł.: Wiesz co, my byśmy chcieli zagrać oczywiście, tylko powiem ci, najtrudniejsze jest załatwić właśnie koncerty. Mamy tego wydawcę płyty, który zna to całe podziemie. Mamy byłego managera, z którym trzymamy się w kontakcie. Każdy chce nam pomóc, ale nie umie załatwić koncertów. Właściwie to mamy trasę na wiosnę, to załatwił Faust, z którym mamy grać wszystko, chłopaki sami zapłacili i obdzwonili, dzięki temu mamy koncerty. Dostaliśmy wypłaty za płytę w merchu, żeby sprzedać, musimy grać koncerty, no ale nie ma gdzie, bo koncerty z wiosny przesunięte zostały na jesień, w tej chwili już mówią, że te z jesieni już też zostaną przesunięte. Za granicą jesteśmy nieznani w ogóle, w styczniu, bo już nie chcemy w tym roku, będzie angielska wersja tej płyty. Wypuścimy ją i może coś wtedy się trafi. Nawet mi taki znajomy w Anglii miał w tym klubie K.K. Downing’a załatwić koncert, ale Anglia też jest w tej chwili, wiesz, w jakiej jest sytuacji.

Dzieki bardzo za rozmowę.
Dzieki też.

Music Wolves - Odstęp

WYWIAD – Diaboł Boruta

Jest to ten moment, w którym dźwięk przejmuje kontrolę, a człowiek ją traci – w obszernym wywiadzie dla Music Wolves o nowej płycie „Radiance of a Thousand Suns” industrial-metalowego Whalesong, pasji, inspiracjach twórczych, koncertach oraz swojej pracy opowiada multiinstrumentalista, wokalista i kompozytor – Michał Neithan Kiełbasa.

Więcej ==>

Czasami zaraza bywa pozytywna – wywiad z zespołem Halucynogen

Jest to ten moment, w którym dźwięk przejmuje kontrolę, a człowiek ją traci – w obszernym wywiadzie dla Music Wolves o nowej płycie „Radiance of a Thousand Suns” industrial-metalowego Whalesong, pasji, inspiracjach twórczych, koncertach oraz swojej pracy opowiada multiinstrumentalista, wokalista i kompozytor – Michał Neithan Kiełbasa.

Więcej ==>

WYWIAD – Wintershadows

Jest to ten moment, w którym dźwięk przejmuje kontrolę, a człowiek ją traci – w obszernym wywiadzie dla Music Wolves o nowej płycie „Radiance of a Thousand Suns” industrial-metalowego Whalesong, pasji, inspiracjach twórczych, koncertach oraz swojej pracy opowiada multiinstrumentalista, wokalista i kompozytor – Michał Neithan Kiełbasa.

Więcej ==>