Mroczne dźwięki, mroczne cienie.

Muzyka ekstremalna w dzisiejszych czasach czasem zdaje się zjadać własny ogon. Często za dużo w niej technicznych popisów, ścian dźwięku, a brak tego, co tak naprawdę chce się powiedzieć. Bohaterowie dzisiejszego tekstu znajdują balans pomiędzy ekstremalnym graniem a transowymi, mrocznymi wstawkami, co bardzo mi odpowiada. Przed Wami zespół Obsidian Mantra i jego druga płyta „Minds Led Astray”.

 

Na początku przyznam, że to moje pierwsze spotkanie z tym zespołem i teraz trochę mi wstyd, że odkrywam go tak późno. Wcześniejsze dokonania, czyli epka „Burden Brought by Whispers” oraz pierwsza płyta „Existential Gravity” jakimś cudem mnie ominęły. Jednak po odsłuchaniu „Minds Led Astray” nabrałem ogromnej ochoty na zagłębienie się w twórczości zespołu. Od pierwszych dźwięków album przykuwa uwagę średnio-wolnymi tempami, które z potężnym brzmieniem gitar oraz wokalu tworzą solidny kawał dobrego materiału. Nie znajdziemy tu siermiężnej sieki która pędzi na złamanie karku, a wręcz przeciwnie. Otrzymujemy, mroczny, transowy, bezkompromisowy ciężar. Osiem numerów plus dwie instrumentalne miniatury tworzą obraz albumu, który wymyka się wszelkim definicjom. Gdzieniegdzie moje ucho słyszy wpływy szwedzkiej sceny death metalu, między innymi Bloodbath. Z drugiej strony czasem otrzymuję klimatyczno-instrumentalne rzeczy kojarzące mi się mocno z Immolation. Pomimo zachowania konwencji ekstremy, Obsidian Mantra pozwala sobie na sporo interesujących zagrywek i nie wyprowadza słuchacza na manowce. Utwory mają długość od czterech do sześciu minut i razem stanowią potężny, niewzruszony monolit. Na szczególną uwagę zasługuje również okładka, która przedstawia okultystyczne spotkanie, mające na celu wtajemniczyć zebranych w świat nadnaturalny. Taki sam cel swoją muzyką chce osiągnąć wielkopolska grupa. Pokazać nam coś, co na pozór jest niedostrzegalne. I dzięki aurze tajemniczości emanującej przez muzykę wychodzi im to nad wyraz interesująco.

Drugi długogrający krążek Obsidian Mantra „Minds Led Astray” to bardzo udana płyta. Nie ma tu niepotrzebnych ani zagranych na pół gwizdka motywów. Jest dobrze i mam nadzieję, że na kolejnych albumach będzie jeszcze lepiej. Ten zespół na pewno zostanie ze mną na długie, jesienne wieczory.

8/10 Michał Drab

 

Music Wolves - Odstęp

Hate – „Rugia” – recenzja

Pradawne moce ukryte w ekstremalnych dźwiękach. Warszawska formacja Hate należy bez dwóch zdań do najbardziej niezłomnych zespołów w naszym kraju. Ponad trzydzieści lat na scenie,…

Więcej ==>

Order of Omega – „333” – recenzja

Maksymalne odhumanizowanie materiału! Jeśli chodzi o anonimizację danych, trzymanie w tajemnicy tożsamości czy jakichkolwiek informacji, pozwalających namierzyć delikwentów, to stwierdzam, że blackowe kapele to potrafią.…

Więcej ==>