Maksymalne odhumanizowanie materiału!

Jeśli chodzi o anonimizację danych, trzymanie w tajemnicy tożsamości czy jakichkolwiek informacji, pozwalających namierzyć delikwentów, to stwierdzam, że blackowe kapele to potrafią. Order of Omega jest przedsięwzięciem, przy którym nie znajdziemy żadnych bliższych informacji, skąd pochodzi oraz kto tak naprawdę je tworzy.

Do zabiegów takich podchodzę z dystansem, czy też raczej z niechęcią. Ale niech sobie mają, nie moja sprawa. Dla mnie się liczy zawartość debiutanckiego LP – „333”. Na wydawnictwo owo składa się, co następuje: intro, kawałek nr 1, kawałek nr 2, outro. W sumie nieco ponad 30 minut.

30 minut dość osobliwej, momentami irytującej, momentami też intrygującej muzyki. Tworzy ona, razem z decyzją zespołu o pozostawaniu w absolutnym cieniu, spójną całość, bo jednak pierwiastek intrygi przeważa. Mamy do czynienia z rasowym black metalem, który nie przybiera formy totalnej masakratorni, lecz nakierowany jest na wytworzenie stosownej, jakże niekomfortowej i gęstej atmosfery. Muzyka, jak i produkcja, są niesamowicie przemyślane. Nie ma absolutnie w żadnej nanosekundzie przypadkowości. A słuchać „333” w bezksiężycową noc w środku bieszczadzkich lasów, to już kozak lvl hard.

Jak wyżej pokrótce wskazałem – black pełnym ryjem. Czasem szybko, lecz głównie powoli, mozolnie, żeby poczucie wszędobylskiego niepokoju ciągnęło się jak poranne sranie na kacu. Perkusja robi swoje, natomiast w szczególności zwraca uwagę na siebie niemożliwie nawiedzony wokal. W pierwszym utworze klasyczny blackowy skrzek, w drugim zaś dominuje growl. Czapki z głów, bo rozwiązania oralne zostały dobrane stosownie do numeru, co tylko potęguje wrażenie niesamowitego dopracowania kompozycji. Co również zajebiste, to, hmm, maksymalne odhumanizowanie zawartego materiału. Mam wrażenie, że Order of Omega ma industrialne ciągoty, co gdzieś tam, totalnie w tle „333” jest lekko wyczuwalne. I nie, nie jest to outro utrzymane w ambientowym klimacie. A może sobie to tylko wyobrażam, może „333” tak się wwierca w moją świadomość, że robi z nią co chce?

Kurwa, po pierwszym odsłuchu stwierdziłem, że wyżej niż 6 nie będzie… Ale za każdym kolejnym razem materiał mnie przekonuje do siebie swoją wielowarstwowością i wielowątkowością. Do lasu z tym nie pójdę, bo się żony boję, a co dopiero takiej muzyki, niemniej wtulony w poduszkę w ciemnym pokoju dam radę.

Polecam. Cholera, a to Ci siurpryza. Ósemeczka w pełni zasłużona, a pewnie za kilka dni to skali ocen by zabrakło. Polecam każdemu, komu bliskie jest nietuzinkowe granie i dość osobliwy klimat temu towarzyszący.

8/10

Paweł „Kostek” Kostka

Music Wolves - Odstęp

JEREMIAH KANE- Ronin – recenzja

Poznański synthwave na najwyższym poziomie Jeremiah Kane to poznański projekt muzyczny nurtu splatającego synthwave z retro muzyką komputerową. Założony w 2017 roku zespół składa się…

Więcej ==>