Ciężkie i melodyjne dźwięki z Bliskiego Wschodu.

Bardzo lubię odkrywać zespoły z przeróżnych zakątków świata. Pomimo tego, że muzyki jest dziś tak dużo i często jest ona dość wtórna, nie przeszkadza mi to sprawdzać propozycji artystycznych z ciekawych miejsc. Oczywiście nie wszystko człowiekowi podejdzie, ale cieszy fakt, że ferment twórczy w krajach, gdzie ciężkie granie nie jest tak popularne jak w Europie czy USA, ma się bardzo dobrze. Takim krajem jest chociażby Izrael, który ma bogatą reprezentację metalowych zespołów, a dziś poświęcę kilka słów jednemu z nich. Przed Wami grupa Prey For Nothing i ich najnowszy album „Kivshan”.

Jest to moje pierwsze spotkanie z zespołem Prey For Nothing, pomimo tego, że formacja istnieje już ponad piętnaście lat. Wydała do tej pory cztery duże albumy studyjne, a ich styl określany jest jako melodyjno-progresywny death metal. „Kivshan” w języku hebrajskim oznacza specjalny piec do wyrobu ceramiki oraz cegieł i moim zdaniem jest to nazwa dość adekwatna, jeśli ujmiemy to jako metaforę dobrego smaku oraz solidności. Album zaczyna się z przytupem utworem „Angels of Atheism”. Galopujące, nasuwające na myśl thrash gitary, perkusja i ostry, jadowity wokal to bezapelacyjnie atuty tej płyty. Pełna profeska, dobre, choć nie zaskakujące pomysły i bardzo solidna praca całego kolektywu. Słychać, że panowie nie są debiutantami i znają się na swojej robocie. Następnie uderza w nas „The Sword Devours” który balansuje między metalcore’owo-deathcore’owym groovem a klasycznym death metalem. W kolejnych utworach czuć, że izraelska maszyna rozkręca się na dobre. „Oceans of Tar” oraz „Each Other’s Throats” to wielowymiarowe, potężne numery, skłaniające do intensywnego machania głową. Całość albumu kończy podzielona na cztery części kompozycja „The Pinneacle” której podtytuły nawiązują wyraźnie do kultury semickiej: „Peshat”, „Remesh”, „Deraz”, „Sod”. Zawsze cieszy mnie fakt, że zespoły z „egzotycznych” z naszej perspektywy krajów umieszczają w swojej twórczości nawiązania do własnej kultury czy historii.

Jednak płyta „Kivshan” ma w mojej opinii jeden minus. Jako całość jest za długa. Utwory trwające często sześć, osiem minut dają muzykom duże pole do popisu, jednak za długością nie idzie stuprocentowe utrzymanie uwagi słuchacza. Gdyby nie przekraczać pięciu minut w długości piosenki, pozbyć się kilku elementów, a co za tym idzie skrócić cały album, byłby on o wiele lepiej przyswajalny. W konkluzji stwierdzam jednak, że jeśli artysta jest zadowolony ze swojego dzieła, to najważniejsze i na pewno znajdą się tacy, którym przesadzona długość kompozycji nie będzie przeszkadzać. Pomimo przesadzonego rozbudowania i kilku nużących fragmentów, zespół Prey For Nothing wyprodukował dobry, wart uwagi album.

7/10 M. Drab

Music Wolves - Odstęp

Sphere – Blood Era – recenzja

Złoty samorodek z piekła death metalu Są w muzyce takie albumy nad którymi od pierwszych dźwięków unosi się jedyna w swoim rodzaju atmosfera. Poza nią…

Więcej ==>

ROSK – „remnants”

Rozpacz na dwa głosy ROSK to warszawska formacja, która powstała w 2014 roku. Jej muzycy zamiast imion czy pseudonimów używają inicjałów, zakładam, że dla podkreślenia…

Więcej ==>