ABSOLUTNIE SUBIEKTYWNE IMPRESJE O MUZYCZNEJ PROGRESJI
(pejzaż pierwszy)

Wielu muzyków i krytyków głowi się dziś jak zdefiniować progresywny rock
i metal… Co sprawia, że definiujemy muzykę jako progresywną – postępową? Faktycznie mamy sporo przykładów kapel uznanych powszechnie za progresywne, chodzi o takich tuzów gatunku jak Opeth czy Dream Theater. Co łączy wszystkie tak różniące się muzycznie od siebie nawzajem składy? Spróbuję w tym niezbyt długim autorskim eseju, w pełni subiektywnie odpowiedzieć na pytanie, co tak naprawdę wyróżnia utwór, że możemy zdefiniować go jako progresywny. Co w gruncie rzeczy sprawia, że muzyka jest postępowa?

Wszystkie przykłady utworów i składów, które znajdą się w moim tekście, dobierałam poniekąd w oparciu o mój osobisty odbiór muzyki oraz o to, w jaki sposób widzę istotę tworzenia utworów. Właściwie każdy utwór muzyczny rozważam jako tekstu kultury zamieszczony w jej szerokim spektrum, co pociąga za sobą szereg różnych inspiracji innymi tekstami i sprawia, że utwór muzyczny jako taki sam staje się częścią szeroko pojętej kultury nie tylko muzycznej. Utwór muzyczny łącznie z tekstem jest jedną z możliwości wyrażania emocji przez człowieka i towarzyszy człowiekowi niemal od początku istnienia ludzkości. Powinien więc być, obok tekstów literackich, spektakli teatralnych oraz obrazów czy rzeźb, analizowany jak dzieło sztuki. Utwór muzyczny w dzisiejszej kulturze medialnej zawsze łączy w sobie cechy tekstu literackiego, obrazu i spektaklu. Wypływa z wyobraźni i emocji twórcy i jego zadaniem jest oddziaływanie na wyobraźnię i emocje odbiory. Wszystkie zabiegi techniczne są efektem pierwotnego zamysłu utworu i działają w jego służbie, aby z ich pomocą odbiorca mógł zagłębić się, nawet nie tyle w samo założenie autora (bo to praktycznie niemożliwe), co w emocje, z których utwór powstał i tym samym zrewidować je w sobie. W każdej dziedzinie sztuki z założenia powinno chodzić o prawdę. Utwór jest prawdziwy w momencie kiedy tekst i muzyka są spójne, kiedy oba elementy mówią o tym samym. Każdy dysonans jest  dopuszczalny wyłącznie wtedy, gdy jest zamierzony i ma jakiś cel.

Zaczynając mój wywód na temat muzyki progresywnej, muszę zaznaczyć, że ten gatunek muzyczny jest bardzo wymagającą muzyką. Rzecz nie rozbija się tylko o kwestie techniczne, ale przede wszystkim o zamysł muzyczny, którym kierują się autorzy utworów. To kompozycje twórcze, rozwojowe, nieszablonowe, innowacyjne i przede wszystkim bardzo rozbudowane jeśli chodzi o odniesienia do innych tekstów kultury. W muzyce wymagającej z komponowaniem z zasady jest tak, jak z tworzeniem kilkuaktowej wielowątkowej sztuki teatralnej. Szkicem dla całości może być temat muzyczny lub tekstowy utworu. Clou tymczasem staje się to, co w tym utworze ma zostać przekazane odbiorcom, a co jest wypadkową wszystkich poszczególnych motywów i fragmentów muzycznych oraz tekstu
(w przypadku gdy utwór ma warstwę tekstową). Stąd w muzyce progresywnej wszelkie patenty techniczne działają w służbie fabuły utworu. Muzyka progresywna wymaga więc dużo gimnastyki ze strony kompozytora – nie tylko tej technicznej, ale również niemal poetyckiego przekuwania emocji w dźwięk.

Pozwolę sobie absolutnie subiektywnie przeanalizować tylko kilka przykładów albumów oraz utworów wielkich i mniejszych mistrzów gatunku, aby obszernie zdefiniować, co moim zdaniem charakteryzuje muzykę progresywną, choć przykłady oczywiście można mnożyć.

Zacznę od kultowego składu Dream Theater oraz utworu „6:00”, który wykorzystuje jako element rytmiczno-melodyczny budzik elektroniczny, czym wprost nawiązuje do kultowego „Time” progresywnych eksperymentalistów, jakimi są Pink Floyd. Wokal w „6:00” osadzony jest jak w klasycznych utworach heavy, co interesująco kontrastuje go z warstwą muzyczną. W gruncie rzeczy ten kawałek jest niejako współczesną reinterpretacją „Time”. Bardzo metaforyczny, zróżnicowanie zaśpiewany i przejmujący tekst o ostatnich próbach poszukiwania siebie w natłoku „muszę”, w przesycie tego, czego oczekuje od nas świat i inni ludzie staje się współczesną wersją motywów rat race i race against time, co osadza go, jak wiele innych kawałków Dreamów, w bardzo szerokim uniwersum współczesnej kultury.

Zaglądając do równie obszernej dyskografii Opeth, znajdujemy wiele innowacyjnych kompozycji. Tutaj chciałabym przytoczyć niezwykły utwór „Hex Omega” z albumu „Watershed”. Kompozycja zaczyna się mocnym gitarowym melodycznym wejściem, które powoli się rozwija aż do wyciszenia. Następnie w utworze pojawiają się kościelne klimatyczne organy oraz wokal, cały motyw zaczyna się powoli rozbudowywać o gitarę na tzw. cleanie oraz o linię basową. Kolejny motyw rozwija się bazując melodycznie na linii wokalu i po raz kolejny utwór zmierza do wyciszenia, aby znów pojawił się wokal. Tutaj w utworze znajduje swoje miejsce całkiem nowa muzyczna odsłona z solo gitarowym, która subtelnie łączy tematycznie zwrotkę z intro, a po nim następuje wyciszenie i motyw jak
z filmowej pozytywki, który melodyką nawiązuje równocześnie do wokalnej zwrotki i motywów gitarowych pojawiających się wcześniej. W kolejnej odsłonie możemy usłyszeć powrót do „organów” oraz zwrotkę bez linii wokalnej rozbudowaną o muskające ledwo powierzchnię dźwięku solo gitarowe. Następnie wyłania się jakby z głębi nieco mocniejszy motyw wokalny bazujący na zwrotce. W tym miejscu „nagle” pojawia się zupełny przeskok brzmienia i utwór powraca do pierwszego motywu gitarowego, zagranego surowo na jednym kanale, dopiero po chwili słyszymy kolejne uderzenie dźwięku rozbudowane przestrzennie – warto w tym miejscu zwrócić szczególną uwagę na rozwiązanie perkusyjne tego fragmentu. Po kulminacyjnym momencie utwór zmierza do zakończenia, w eterze zostają tylko kościelne organy nawiązujące do poprzedzającego je motywu i zamykają całość w zawieszeniu. Tekst utworu jest bardzo metaforyczny, podstawowym motywem tekstowym (i zarazem muzycznym) jest dualność – dwie części tekstu, wyraźne kontrasty muzyczne między jasnym a ciemnym brzmieniem, mocnym a delikatnym, suchym a soczystym. Każda możliwa interpretacja doprowadza do dwoistości pomiędzy tym, co na zewnątrz a tym co wewnątrz, tym co blisko i tym co daleko, między jednostką i przestrzenią. Sam utwór zaczyna się od angielskiego słowa „two”, co niejako pogłębia tę opozycję, której można doświadczyć jako kolejnej interpretacji motywu walki oraz harmonii między dobrem i złem, zderzenia początku i końca. Tytuł oznacza tyle co „hex” (sześć) – symbol doskonałości, początku, wnętrza i „omega” – ostatnia litera alfabetu greckiego, symbol końca, przestrzeni, celu, wędrówki. Te kontrasty stanowią istotę opowieści tego utworu, przejścia między życiem i śmiercią, sam Åkerfeldt przyznaje, że inspiracją m.in. do tego tekstu była samobójcza śmierć jego bliskiej przyjaciółki sprzed lat, która osierociła syna.

Drugim utworem na tym albumie, którego temat chciałabym pogłębić to „The Lotus Eater”. Kawałek kompozycyjnie złożony z wielu motywów oraz różnych ich odsłon, wielowarstwowy w swoim brzmieniu. Ten utwór pokazuje, że dysonanse oraz drastyczne zmiany muzycznej atmosfery bywają zabiegiem celowym, ponieważ wszystkie przeskoki mają swoje odzwierciedlenie w tekście, który tematycznie jest ułożony dialogowo. Kawałek nawiązuje do kompozycji klasycznych – jakby zaczerpniętych z rosyjskiego baletu, czy ścieżek dźwiękowych starych filmów o hrabim Draculi. Mamy też motywy zupełnie odmienne estetycznie – elektroniczne brzmieniowo, ale rodem jak z upiornej gry wideo. Pozostaje pytanie w jakim stopniu inspiracją do utworu byli mitologiczni Lotofagowie, nazywani Zjadaczami Lotosu? Motywem łączącym utwór Opeth i mitologiczną opowieść jest efekt zapomnienia. „The Lotus Eater” opowiada o byciu odurzonym w dzisiejszym świecie, o unikaniu śmierci oraz piekła jako czegoś odległego, co jednak jest nieuchronne i w gruncie rzeczy dotyczy każdej żyjącej istoty. Outro utworu jest esencją całości – dźwiękowa widokówka ludzkiej codzienności, rozmowy, brzęki – możliwe, że ze stypy, gdzie już nikt nie pamięta, czym jest śmierć, a w tle upiorna melodia niczym marsz pogrzebowy – tym samym nawiązanie do średniowiecznego i barokowego motywu danse macabre (tańca śmierci).

Inny projektem wartym uwagi jest zespół Beyond the Bridge i ich skądinąd świetny album „The old Man and the Spirit”. Produkcja ta to połączenie muzyki progresywnej z musicalem, okraszone wieloma elementami zaczerpniętymi z symfonicznego metalu. Cały album z wieloma zmianami metrum i tempa to bardzo duża różnorodność stylów, jednak całość jest niezwykle spójną opowieścią koncepcyjną. Każdy motyw muzyczny i wokalny wynika z poprzedniego, do tego dostajemy tekst w całości napisany jako dialog, który
w gruncie rzeczy jest sztuką teatralną w dwóch aktach. Jest to niezwykle interesująca propozycja niemieckiej grupy na rynku muzycznym. W samym albumie można się doszukać inspiracji rock operą. Podobieństwo motywów zbliża tę produkcję do musicalu „Aida” Eltona Johna, oprócz tego brzmieniowo jest nieco nawiązań do twórczości takich kapel jak Evanescence czy Within Temptation. Całość „The old Man and the Spirit” łącznie z filmowymi motywami balladowymi ma do zaproponowania wiele bardzo interesujących zabiegów technicznych i melodycznych. Ciekawym elementem albumu jest to, że można go podzielić zasadniczo na dwie większe całości: Akt I i Akt II – obydwa nawiązujące do siebie, choć różne w swojej charakterystyce. Tekstowo jest to spektakl – filozoficzny dialog starego człowieka i duszy.

Fenomenalnym zjawiskiem na rynku progresywnym jest szwedzki zespół A.C.T. W ich dorobku praktycznie każdy album można pokazywać za przykład świetnej orientacji w szeroko pojętej kulturze i wielu gatunkach muzycznych. Każde wydawnictwo płytowe tej formacji ma motyw przewodni (jak na albumy koncepcyjne przystało). W tym moim wywodzie na temat muzyki progresywnej chcę jednak omówić nieco jedynie ich mistrzowski album „Circus Pandemonium” z 2014 roku, w którym zespół sięga nie tylko do klasyków prog-rockowego grania, ale przede wszystkim do musicalu i wodewila. Muzycy wiele czerpią również z popu i operetki. W twórczości tej formacji można się doszukać bardzo wielu nawiązań do twórczości zespołu Queen, ale także muzycznych odwołań do Rush czy Muse. „Circus Pandemonium” jest niczym spektakl teatralny. Motyw upiornego cyrku przewija się przez cały album, w różnych muzycznych i tekstowych odsłonach, nie obyło się też bez elementów pastiszu. Wiele w nim można znaleźć elementów zaczerpniętych z muzyki filmowej, nie sposób nie zauważyć, że muzycy czerpali natchnienie także z gier komputerowych lat dziewięćdziesiątych. Można wyczuć nutkę inspiracji muzyką z „Maski”, „Batmana” czy „Spidermana”. Album, mimo niezwykłej wielości motywów i różnorodności muzycznej, jest bardzo spójny. Podobny jest w atmosferze do nowszych obrazów kultury takich, jak filmowy musical z 2017 roku – „The Greatest Showman” czy zeszłoroczna ekranizacja opowieści o „Dumbo”. Całość rozpoczyna coś na kształt uwertury, a potem zupełnie jakbyśmy oglądali kolejne odsłony cyrkowego spektaklu, okraszonego czymś w rodzaju upiornego wesołego miasteczka. W tym albumie można się doszukać nawet muzycznej zabawy z takimi utworami popowymi jak „Let it snow” czy „Frosty the Snowman”, musicalowym „Somewhere Over the Rainbow”, co pociąga za sobą skojarzenia z wczesnymi utworami z produkcji filmowych Disney’a. Album jest czymś na kształt średniowiecznego ulicznego widowiska – satyrycznej farsy, która w sposób pastiszowy rozprawia się ze zjawiskiem popkultury. Muzycy nawiązują także do klasyków progresji takich jak np. King Crimson. Niezwykle interesujące jest kulturowe osadzenie tematyczne albumu „Circus Pandemonium”. Mam na myśli bezpośrednie nawiązanie do motywu Pandemonium, czyli stolicy królestwa szatana i miejsca zgromadzeń demonów. Pandemonium pojawia się w siedemnastowiecznym poemacie „Raj utracony” angielskiego poety Johna Miltona. Purytański pisarz był jednym z prekursorów opisywania postaci szatana w literaturze, zaś sam poemat nie stronił od krytyki wobec katolicyzmu. O samym Miltonie obszernie rozpisywał się wspaniały literat i znawca literatury – T.S. Eliot. Wracając jednak do motywu piekła, sama nazwa Pandemonium jest bardzo rozpowszechniona w kulturze popularnej – istnieją trzy albumy muzyczne o tym tytule oraz gra video wydana w 1996 roku. Sam motyw stolicy – serca piekieł pojawia się już w renesansowej „Boskiej komedii” Dantego, która od wieków jest inspiracją dla innych dzieł kultury. Warstwa tekstowa omawianego przeze mnie albumu A.C.T., mimo że autorzy tekstów są różni (zarówno członkowie zespołu jak i osoby spoza składu), jest bardzo spójna, niesie ze sobą katastroficzną i prześmiewczą wizję krwistego wręcz show – wodewila błaznów i szaleńców. Album wyłania gorzką prawdę na temat relacji społecznych oraz rozważa, w jaki sposób człowiek stara się pozostać sobą w błazenadzie codzienności, jak i czy w ogóle powinien ukrywać się i zakładać maski. Tekst utworu „Freak od Nature” – kończącego „Circus Pandemonium” staje się podsumowaniem wszystkich problemów tożsamościowych przedstawionych we wcześniejszych utworach albumu, będąc jednocześnie swoistą grą z intro i konferansjerskim satyrycznym komentarzem do całego show. Staje się wyrazistym posłowiem, niejako z boku, pogrywając z słuchaczem, utwór daje mu do zrozumienia, że przez całe show dał się wodzić za nos, co zostawia odbiorcę w zawieszeniu oraz skłania go do przemyśleń. Album kończący się motywem walca aż do cody w postaci pozytywki – wraca tym samym do początku, nawiązując do pierwszego utworu i jednocześnie przywodząc na myśl topos „Show must go on” zaczerpnięty ze współczesnej kultury masowej – niezależnie od wszystkich i wszystkiego, pieśń szalonego odmieńca jest wieczna.

Jak już wspomniałam powyższe rozważania są tylko moją subiektywną obserwacją mistrzów gatunku zwanego progresywnym. Tekst ten jest tylko krótką analizą zaledwie ułamka tego, co w tej muzyce możemy znaleźć i w czym możemy się zatopić. Pokazuję przykłady utworów i albumów, których warto posłuchać, takich, które mogą być idealnym bodźcem dla mniej doświadczonych muzyków w rozwoju ich własnej kreatywności.

Co sprawia więc, że dany utwór możemy zaklasyfikować jako progresywny? W moim mniemaniu, najważniejsza jest innowacyjność pomysłu i wykonania. Innowacyjność rozumiana jako coś, co wyróżnia utwór na tle innych, sposób łączenia instrumentarium i/lub linii wokalnych oraz wokaliz, interesujące zabiegi techniczne, brzmieniowe oraz jego tematyka. Mówię tutaj o innowacyjności – świeżości – nowości, nie o awangardzie muzycznej. Kolejnym elementem, który cechuje utwory progresywne jest ich wysoka intelektualizacja, która zmusza odbiorcę do głębszej ich analizy w oparciu o konteksty i nawiązania kulturowe. Tymczasem trzeci wyznacznik progresywności to spójność konceptualno-muzyczna utworu, która sprawia, że mimo wielości motywów muzycznych, utwór tworzy jedną wielowarstwową opowieść, zanurzającą słuchacza we jego własne emocje, co zmusza go tym samym do reinterpretacji samego siebie.

Orlina Martinov

Music Wolves - Odstęp

WYWIAD -Adrianna Aminae Janusz

Jest to ten moment, w którym dźwięk przejmuje kontrolę, a człowiek ją traci – w obszernym wywiadzie dla Music Wolves o nowej płycie „Radiance of a Thousand Suns” industrial-metalowego Whalesong, pasji, inspiracjach twórczych, koncertach oraz swojej pracy opowiada multiinstrumentalista, wokalista i kompozytor – Michał Neithan Kiełbasa.

Więcej ==>
Velesar- wywiad

Velesar – wywiad

Velesar- wywiad Muzyka, koncerty, szalejąca publiczność – to jest tak niesamowity zastrzyk energii, że potrafi mnie naładować na długi czas i na pewno nie zamieniłbym…

Więcej ==>