Doomsday- Gates Of Sanity

Polski rynek muzyki metalowej ma się bardzo dobrze. Mimo usilnych starań pewnych instytucji powstają nowe kapele i rozwijają się festiwale muzyczne. Wystarczy popatrzeć na czołówkę naszych zespołów jak Vane,Behemoth czy Mgła. Ostatni dostałem do recenzji płytę młodej kapeli Doomsday- nie pozostało mi nic innego niż wziąć się do roboty.

Zespół pochodzi z Krakowa, powstał w 2012r. z inicjatywy gitarzysty i wokalisty Karola Wójcika i grającego na gitarze Wiktora Chojnackiego. Skład uzupełnia basista Adam Drewniak i siedzący za zestawem perkusyjnym Kamil Bagiński. W ciągu kolejnych lat zespół koncertował w niezmienionym składzie, wygrywając między innymi dwukrotnie przegląd “Nowa Huta Alternative” oraz krakowski przegląd zespołów metalowych organizowany przez klub “ZetPeTe”. Muzycy jak sami piszą wzorują się na klasykach gatunku jak :Pantera, Sepultura, Testament itp.

Jeżeli chodzi o wydanie albumu – okładka jest typowa dla tej muzyki: mamy więc szkieleta przykutego do skał, za którym stoi mroczna postać. Grafika przyciąga wzrok, jednak zdecydowanie wolę kupować digipacki niż klasycznie wydane płyty. W środku znajdziemy klimatycznie zaprojektowaną książeczkę z tekstami oraz zdjęciem kapeli.

Płytę otwiera intro pt. Madness – to porządny pokaz umiejętności technicznych zespołu. Pomyślałem jeśli tak będzie brzmieć płyta, będzie dobrze. Pierwszym pełnoprawnym utworem jest „Gates of Sanity”. Mamy tu naprawdę dobre brzmienie gitary, całkiem niezłą perkusję i …wokal… No właśnie wokal to pierwsza rzecz, która już na wstępie mnie trochę ukuła. No bo mamy tu naprawdę porządnie zagrane partie ciężkiego metalu, a wokal w refrenie jest po prostu słaby. Przesłuchując kolejne utwory, nie było lepiej- po prostu dla mnie to za mało, aby wywołać ekscytację.

Co do strony czysto technicznej- nie mogę kapeli nic zarzucić, a wręcz przeciwnie. Największym miodem na uszy dla mnie podczas słuchania kapeli były gitary. To, co wyczyniają chłopaki na wiosłach jest kosmiczne. Solówki, których jest czasem kilka w jednym utworze, wgniatają w fotel.
Chłopaki sami określili się, że wzorują się na wielu zespołach, wzorowanie się nie jest złe do momentu, kiedy nie zaczynamy kopiować dosłownie innych kawałków. Call to war, drugi utwór na płycie wydał mi się dziwnie znajomy- pogrzebałem w pamięci i znalazłem- riff żywcem zerżnięty z Der Meister Rammsteina. W innym utworze da się dokładnie usłyszeć Metallice i zacząłem mieć dziwne wrażenie, że ta inspiracja kapeli weszła za mocno. Słuchając poszczególnych kawałków znajdziemy wiele takich inspiracji, przez co zaczyna nam się wydawać, że kapela nie ma własnego stylu.

Debiutancki album grupy jest zagrany mocno i żywiołowo. Całość tworzy brudne i ciężkie brzmienie, zagrane bardzo sprawnie technicznie. Ekipa Doomsday potrafi raz zwolnić, a raz dać niezłego kopa, przez co nie jest to płyta na „jedno kopyto”.

Reasumując- Gates of sanity to album przeciętny. Widać, że muzycy jeszcze nie wypracowali sobie własnego charakteru, zbyt mocno inspirując się klasycznymi pozycjami w metalu. Genialną robotę robią gitary, jednak wokal traci się gdzieś w ich brzmieniu. Zdecydowanie nie przekreślam szansy na to, że z czasem Doomsday stanie się bardzo dobrą pozycją- ale na razie chłopaki muszą się jeszcze trochę postarać.

Łukasz (Ulwar) Szczygło

Music Wolves - Odstęp