Płynny ból

Naczelny napisał: sprawdź czy ci siądzie:) warto by zrobić recke przed Castle Party jako promocje

No to słuchamy. I tu Następuje pierwszy strzał. The Iron Peak. Dźwięki gitary. Duży pogłos. Wyraźny bas. I głos jakby jęk po chwili przechodzi w dwugłos. Rozdziera ciszę. Sączy się ból. Płynny ból. oszczędne dźwięki wzbogacone wyraźnym delayem tworzą atmosferę, ambient na tle którego płynie melodia. Niby prosta, powtarzalna, symetryczna ale tak ogromnie emocjonalna ,że to aż boli. Dotyka Cie to głęboko. Ten głos , który wydziera się z piersi tego mężczyzny który opowiada teraz o martwej siostrze. Dead sister. Dźwięki banjo. Zerkam na opis z sieci :The Devil’s Trade to węgierska w zasadzie jednoosobowa produkcja -folk doom, czyli powolne, smutne, bolesne utwory na gitarze akustycznej, banjo plus mistrzowski wokal. Krotko, zwięźle i niezwykle trafnie w swej prostocie.

Po krótkim przerywniku No Arrival. Ten śpiew z pozoru przywodzący na myśl manierę Zakka Wylde lecz znacznie bardziej głęboki, emocjonalny, rozedrgany w swojej ekspresji. Bicia gitary nadają utworom powolny rytm. Rytm , który Zrywa się nagle. Expelling of the Crafty Ape. „Biały śpiew „, otwarte samogłoski pełne gniewu i żalu. Słucham tej płyty czwarty może piaty raz… rozpoznaje melodie kolejnych części. Powtarzane wołanie na tle monotonnej progresji akordów. I znów rozszczepione dźwięki wprowadzają kolejny przerywnik. Harom arva… wydaje mi się ze byłam już w tym miejscu bo utwory są utrzymane w podobnej tonacji , tempie i aranżacji. Słyszę węgierski i o dziwo wcale nie przeszkadza mi kompletna nieznajomość tego języka bo śpiew Davida Mako jest tak sugestywny ze sam tembr głosu i artykulacja opowiada mi historie o cierpieniu , braku nadziei…a może właśnie o okrucieństwie jej istnienia. Eyes in the fire zaczyna się gitarowym motywem który rysuje przed nami płaszczyznę. Głos artysty rozdziera płótno tła i zawodzi do nieba o … właśnie o co… Przypominają mi się słowa filozofa ze piekło to nieobecność Boga. Samotność. Osamotnienie. Każdy z tych utworów zdaje się być wariacją na ten sam temat. Powolne. Smutne. Bolesne. I kolejny przerywnik oznaczony pionowymi kreskami… Nie zliczę iloma bo godzina późna i oczy zmęczone ale to, co sączy się z głośników nie pozwoli zasnąć. Nie w tym wcieleniu. Dreams from the rot. Oszczędna melodia gitary. To ten moment kiedy łzy już wyschły i zostaje to przytłaczające poczucie pustki. Głos wokalisty zdaje się pytać „dlaczego?” Ale kogo? Coś dławi w gardle i już nie wiem czy mnie czy śpiewającego…. Ta muzyka budzi we mnie tak głębokie współczucie ze bol jest niemalże namacalny. Mogę go dotknąć albo raczej on może dotknąć mnie. Jego ból. I nagle urywa się. The call of the iron peak… słyszę ten śpiew i myślę to opowieść , którą już słyszałam ale ona wciąż się toczy. Motyw znajomy z pierwszego utworu. Inna aranżacja ale w tej samej stylistyce. Początek i koniec spaja klamrą wszystkie fragmenty albumu. Do aranżacji dochodzą perkusjonalia. Szamański rytm podkreśla falującą wokalizę która kończy tą niezwykłą płytę.

Nagle uderzenie ciszy budzi mnie z transu. Czuje ze przebyłam wędrówkę do piekła i z powrotem…do tego piekła które nigdy nie jest tym czego moglibyśmy się spodziewać.

Czytam…i oto widzę mężczyznę przykutego łańcuchem do ciężaru , który ciągnie za sobą. Ciężar pozostawia ślady które wyznaczają kierunki w których on sam powinien lub nie powinien iść. Ślady są wypełnione kamieniami i , które ranią głęboko jego nogi. Prowadza go prosto i wyraźnie tam , gdzie chce dotrzeć a Jego muzyka jest pyłem który unosi się podczas tej pielgrzymki. Jego pielgrzymki na żelazny szczyt.

9/10

Agata P

Music Wolves - Odstęp

Motanka – recenzja

Duchy pradawnych ziem zaklęte w magiczny trans To było dla mnie niezwykle odkrywcze, że klasyczny metalowy kwartet może stworzyć tak potężne, tak niezwykle przestrzenne i…

Więcej ==>