Ekstremalna uczta dla ducha

Spodek w Katowicach to miejsce kultowe. Od wizyt Metallici w latach osiemdziesiątych, po organizację festiwalu Metalmania i niezliczone koncerty wykonawców różnych gatunków każdemu fanowi muzyki to miejsce zapada w pamięć. Nie inaczej było ze mną. Uwielbiam wydarzenia w Spodku i z dziką przyjemnością wziąłem udział w jedynym na terenie Polski koncercie trasy European Siege której przewodziły potęgi metalu, Arch Enemy i nasza metalowa bestia, Behemoth.

Niestety nie zawsze jest kolorowo z pogodzeniem wyprawy na koncert ze sprawami zawodowymi. Dlatego z bólem serca przyznaję, że dotarłem do Spodka kiedy pierwszy support na tej trasie, czyli zespół Unto Others zeszli już ze sceny. Nie można mieć wszystkiego. Ale za to na koncert legendy ekstremalnego brzmienia, Carcass już się załapałem. Wielu znajomych których spotkałem tego wieczora w hali w centrum Katowic nastawiało się właśnie na nich. I panowie z Carcass wyszli, odpalili wzmacniacze i zagrali z mocą buldożera. Były numery z kultowego albumu „Heartwork” a na koniec numer tytułowy który porwał mnie całą swoją mocą. Jeff Walker doskonale wiedział jak wykrzesać z kilku tysięcy zgromadzonych pod sceną ludzi siódme poty. Niby tylko czterdzieści minut a radości jak z półtorej godzinnego koncertu. Carcass po tym koncercie wyrosło na absolutnego lidera wieczoru a przed publicznością jeszcze przecież dwójka gigantów sceny.

Arch Enemy widziałem po raz pierwszy i miałem wobec nich spore oczekiwania. Zespół ukryty za wymowną płachtą wyczekał intro i wraz z pierwszym wybuchem eksplodował mocą. Jednak ta ekstrema i euforia szybo gdzieś uleciała. Miałem wrażenie, że zespół brzmiał zdecydowanie za cicho jak na możliwości dźwiękowe wydarzenia. Wokalistka, Alissa White-Gluz swoją prezencją i popisami wokalnymi dawała konkretnego czadu, jednak moim zdaniem nie na sto procent. Mimo to uważam, że niejeden frontman płci męskiej mógłby się od niej uczyć obycia na scenie. Do tego duet gitarowych wirtuozów, czyli Michael Amott i Jeff Loomis wymieniali się partiami rytmicznymi i solówkami. Z czego Amott wydawał się trochę zmęczony tego wieczora więc w moich oczach pałeczkę lidera i cały ciężar aranżacyjny przejął właśnie Loomis. Arch Enemy mocno skupili się na utworach z trzech ostatnich płyt więc nie brakowało takich utworów jak „The Eagle Flies Alone”, „War Eternal”, „Sunset over the Empire” i na koniec klasyk nad klasykami – „Nemesis”. Zespół zszedł ze sceny żegnany oklaskami, chociaż ja odczuwałem mały deficyt energetyczny ze strony muzyków podczas tego około godzinnego występu.

Nasz największy muzyczny towar eksportowy, czyli Behemoth przygotowuje od zawsze swoje koncerty z ogromnym pietyzmem. Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik i tak jak Nergal powtarza koncert Behemoth ma być czymś pomiędzy zwykłym występem muzycznym a spektaklem. I tak też było. Szybkie przygotowanie sceny, wygaszenie świateł i zaczynamy. Pompatyczne intro „Post-God Nirvana” sprawiło, że nie tylko ja miałem gęsią skórkę. A Behemoth nie zaczyna inaczej koncertów jak mocnym pierdolnięciem, więc tym razem wybór padł na „Ora Pro Nobis Lucifer”. Płomienie, światła, ekstremalny pęd zespołu i energia bijąca od Nergala i jego kolegów była wyczuwalna od razu. Patrzyłem na to show jak zahipnotyzowany ale nie dane mi było skoncentrować się zawsze w stu procentach. W miejscu w którym stałem dwukrotnie dochodziło do ostrych szarpanin między ludźmi i trzeba było uważać. Niestety nie wszyscy potrafią się dobrze bawić na koncertach. Natomiast Behemoth parł naprzód z każdą piosenką i nie brał jeńców. Duży nacisk padł na ostatnie wydawnictwo grupy, „Opvs Contra Natvram” z której zabrzmiały aż cztery utwory. W dalszej kolejności mogliśmy usłyszeć m.in. „Bartzabel” z „I Loved You At Your Darkest” czy „Ov Fire and The Void” z „Evangelion”. Nie zabrakło również absolutnych hiciorów jak „Conquer All”, „Blow Your Trumpets Gabriel” czy kończący występ „Chant For Eschaton 2000”. Trochę było mi brak kilku innych, starszych utworów ale i tak jakościowo i z perspektywy show było zajebiście. Minusem jest to, że koncert trwał tylko ledwo ponad godzinę. Behemoth przyzwyczaił słuchaczy do setów trwających nawet 75-80 minut a tutaj jednak zaskoczenie. No cóż, mówi się trudno.

Pomiędzy utworami Nergal w swoim stylu zwracał się do publiczności, nawiązywał do spraw bieżących i apelował o to abyśmy nie zapominali o celebrowaniu wolności. Kiedy Behemoth zszedł ze sceny w glorii chwały stałem dłuższy czas i pomyślałem, że nie było zespołu grającego z takim rozmachem i robiącego tak perfekcyjne show w historii polskiej muzyki. To był mój trzeci raz z Behemoth na żywo i jeszcze na pewno kilka razy się na nich wybiorę.

To był wyborny wieczór.

Music Wolves - Odstęp
Przystanek Żory

Relacje – Przystanek Żory

Przystanek Żory – czyli relacja z Śląskiej wersji Woodstocku. O Przystanku Żory dowiedziałem się od Moniki Żurek która bezpośrednio pomagała w jego organizacji. Patrząc po…

Więcej ==>
4 Szmery Photo 1

Relacje – 4 Szmery

4 Szmery Dnia 14.12.2019 w https://www.facebook.com/lesniczowka.chorzow/ Mieliśmy przyjemność gościć działający od 20 lat, pochodzący z Bochni zespół „4szmery”, w składzie Robert „Sierściu” Mastalerz (wokal), Andrzej…

Więcej ==>