Celebracja ukochanej muzyki

W dzisiejszych czasach zorganizowanie obszernej trasy koncertowej to wyzwanie trudniejsze niż kiedykolwiek. Jak przyciągnąć słuchaczy i jak wyjść na tym na swoje pod kątem ekonomicznym? To dla promotorów, menadżerów i przede wszystkim zespołów ciężki orzech do zgryzienia. Dlatego trasy na jeden znany zespół i dwa mało znane supporty to niekoniecznie dobre rozwiązanie. Potrzeba naprawdę przynajmniej dwóch, trzech albo więcej nazw znanych w branży żeby przyciągnąć jak najwięcej ludzi, wypełnić klub i zwiększyć szanse na sprzedanie dużych ilości merchu. Na szczęście z moich obserwacji koncerty znanych zespołów na których byłem w tym roku w zdecydowanej większości spotykają się z ogromnym zainteresowaniem albo są wręcz wyprzedane. Taka sytuacja miała miejsce w ostatnią sytuację w środowy wieczór we Wrocławiu gdzie odbył się koncert trasy nazwanej Ultima Fest.

Klub A2 to świetne miejsce koncertowe na mapie Wrocławia i Polski, ale szczerze nie wiedziałem czego się spodziewać w środku tygodnia pod kątem frekwencji. Jakże pozytywne było moje zaskoczenie gdy od razu po wejściu do klubu zobaczyłem setki fanów metalu szczelnie wypełniających płytę klubu podczas gdy na scenie prężył się pierwszy support: amerykańska grupa Hinayana. Melodyjny death/doom metal przyjął się całkiem sympatycznie chociaż wcześniej nie znałem tej grupy. Ale zrobili co do nich należało i przez trzydzieści minut zapewnili godną rozgrzewkę dla fanów gromadzących się co raz tłumniej w klubie.

Następni na scenie pojawili się finowie z Wolfheart. Grupa którą znam mniej więcej od trzech lat zaprezentowała równie krótki, ale bardzo pompatyczny i przekrojowy set. Muzycy dawali z siebie wszystko a publiczność żywiołowo reagowała na każdy utwór. Szczególnie zadowolony i energiczny był grecki gitarzysta grupy, Vagelis Karzis, którego pamiętam jeszcze z czasów gdy był basistą Rotting Christ. Wolfheart zaprezentował swój melodyjny death metal w bardzo dobrym wydaniu i szczerze powiem, że w niektórych momentach przecierałem oczy (i uszy) ze zdumienia słuchając kolejnych rozwiązań muzycznych w utworach. Finowie umieją w metal cholernie dobrze i tego im nigdy nikt nie zabierze. Mam nadzieję, że Wolfheart wyrośnie na jeszcze większego reprezentanta fińskiej sceny niż jest do tej pory.

Zespół numer trzy to dla mnie cofnięcie się do czasów gimnazjalno-licealnych. Mowa tu o Borknagar. Zasłuchiwałem się w ich twórczości kilkanaście lat temu i cieszyłem się na fakt zobaczenia grupy po raz pierwszy na żywo. Norweski kwintet ze swoim melodyjnym, chwytającym za serce black metalem sprawił, że zapomniałem o całym świecie. Byłem również ciekawy w jakiej formie scenicznej jest ikona skandynawskiej sceny, ICS Vortex. Wokalista i basista Borknagar (którego pamiętam jeszcze z czasów gdy grał w Dimmu Borgir) dumnie dzierżący gitarę zaprezentował się jak profesor ekstremalnej muzyki. Wspólnie wyśpiewywanie utworów takich jak „Voices” czy „Colossus” to była czysta przyjemność. Myślę, że nie tylko ja wróciłem do czasów nastoletnich gdy zasłuchiwało się w nagraniach Borknagar. Wybitny zespół.

Po zejściu Norwegów ze sceny przyszedł czas na pierwszego co-headlinera trasy, czyli fiński Insomnium. I tu znowu czekał mnie powrót do przeszłości. Insomnium, podobnie jak Borknagar słuchałem mocno w latach nastoletnich, później trochę odpuściłem i wrocławski koncert sprawił, że stałem się fanem trochę na nowo. Grupa dowodzona przez wokalistę i basistę Niilo Sevänena weszła na scenę w brzmieniu epickiego intra i rozpoczęła trwającą około godzinę muzyczną opowieść. Magia jaką niesie muzyka Insomnium była wyczuwalna w powietrzu. Widać było, że cieszy ich praktycznie pełna sala i publiczność bawiąca się pod sceną. W secie finów nie zabrakło absolutnie niczego. Od otwierających koncert utworów „Karelia” czy „Ephemeral” po klasyki klasyków na koniec, czyli „While We Sleep” oraz „Heart like a Grave”. Mam nadzieję ich jeszcze kiedyś zobaczyć na żywo.

Ostatnim, dla wielu najważniejszym punktem wieczoru był koncert portugalskiej legendy, Moonspell. Grupa przed rozpoczęciem trasy zapowiadała, że setlista będzie bardzo przekrojowa z dużą ilością utworów za które fani pokochali ich muzykę. Owszem, rozpoczęli od „The Greater Good” z najnowszej płyty „Hermitage”, ale później dołożyli do pieca między innymi utworami z płyt „Extinct” i „Night Eternal” na których wprost oszalałem z radości. W niedługim (75 minut) jak na standardy secie Moonspell zagrał swoje największe szlagiery a wśród nich „Opium”, „Herr Spiegelmann”, „Mephisto” (którego w sumie się nie spodziewałem) oraz, mój ukochany utwór – „Vampiria”. Wiele osób z publiczności zabrakło pewnie takich kamieni milowych jak chociażby „Luna” ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Między utworami lider zespołu, Fernando Ribeiro podkreślał, że Polska jest bardzo ważnym krajem dla Moonspell ponieważ jako jedni z pierwszych dostrzegliśmy ich muzykę. Patrząc na trzydzieści lat istnienia zespołu grupa gra już dla drugiego a nawet częściowo i trzeciego pokolenia słuchaczy. I oby jeszcze jedno pokolenie się załapało żeby zobaczyć ten zespół na żywo. Cała sztuka zakończona tradycyjnie potężnymi wykonami „Alma Mater” oraz „Full Moon Madness”.

Patrząc przekrojowo na cały wieczór każdy z zespołów zagrał na mistrzowskim poziomie, bez problemów technicznych i z naprawdę dobrą akustyką klubu. Moonspell postawił kropkę swoim koncertem i widząc reakcje ludzi po całym wydarzeniu nie było widać zawiedzionych min. Bajeczny wieczór.

Music Wolves - Odstęp
Czarna Wigilia Photo 1

Relacje – Czarna Wigilia

Czarna Wigilia 21 stycznia miałam przyjemność gościć na cyklicznej imprezie „Czarna Wigilia” organizowanej przez klub muzyczny Faust w Katowicach. Na scenie zagrały kapele: Mordhellblack –…

Więcej ==>
Castle Party 2019 - Photo 1

Relacje – Castle Party 2019

Castle Party 2019 Relacja 26 edycja (a moja piąta) festiwalu już za nami, ale wiele osób jeszcze jakiś czas będzie żyło wrażeniami, które towarzyszyły nam…

Więcej ==>