„Gwiazdy wokoło twojej głowy – pod twoimi nogami fale morza – na falach morza tęcza przed tobą pędzi i rozdziela mgły – co ujrzys,z jest twoim – brzegi miasta i ludzie tobie przynależą – niebo jest twoim. – Chwale twojej niby nic nie zrówna.” „Ty grasz cudzym uszom niepojęte rozkosze. Mroczny klimat Nieboskiej Komedii!

Dziś po prawie dwóch latach wracam do Białegostoku. Dlaczego? Ponieważ białostocki Voidfire 30 września 2022 roku, dzięki wytwórni Szataniec, wydał swój drugi album, zatytułowany,, W Cienie”. Miałem okazję zapoznać się z ich poprzednim, debiutanckim albumem, którego recenzję u mnie znajdziecie. Tym bardziej jestem ciekaw, w jakim kierunku poszedł zespół, bo potencjał miał ogromny. Jak go wykorzystał? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Płytę rozpoczyna kompozycja ,,Nadejście”. Wstęp jest spokojny, wręcz podchodzący pod atmospheric, riff neo-klasyczny, ale nieco progresywny, perkusja jest typowo blackowa. Nie spodziewałam się tutaj solówki gitarowej, krótkiej, ale jednak jest. Bębny stają się później znacznie dynamiczniejsze, a bas jest bardziej podkreślony, potem lawina intensywności, a perkusja podchodząca pod lekki death. Jest coraz ciekawiej. Wokal jest nadal wyraźny, co akurat jest dla mnie istotne. Motyw płomieni, odrodzenia, nieznana Bogini, narrator, który jednocześnie jest podmiotem lirycznym i to on sam chce kreować otaczającą go rzeczywistość. Wow! Pod sam koniec moim zdaniem ukryta jest metafora owej ,,Bogini’, ukazującej podmiotowi ,,pewien kraj”. Breakdowny są dość subtelne, co akurat jest na plus, podwójna stopa perkusji również. Jak dla mnie otwarcie idealne.

,,Niepewność” ma intrygujący gitarowy wstęp, tunel gitarowy z basem? Nie spodziewałem się tego. Deklamacja tekstu jest tu bardzo przemyślana, gdyż głos jest modulowany na kilka sposobów, po niej riff prowadzący jest mocno inspirowany jednocześnie norweską szkołą black metalu oraz naszym KAT-em (jeszcze z Romanem Kostrzewskim). Pojawia się znowu bas i zwięzła solówka gitarowa, następnie gwałtowna zmiana, lawina perkusji i basu ruszyła, do tego jeszcze pełnokrwisty scream. Dzieje się, bardzo dużo wręcz. Zmiana wokalu, kolejna już zresztą, zwrot, jeśli chodzi o riffy, raz typ heavy, raz typowy black. Szczerze nie byłem pewien, czy to zadziała skutecznie, bez jakiegokolwiek wpływu na klimat, jaki zespół od samego początku stworzył, a jednak ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, a potem radości – udało się! Muzycznie za każdym razem zbierałem szczękę z podłogi. Lirycznie otrzymujemy też kolejną część historii, w której pojawia się motyw podróży, ale ,,do krain marazmu”. Domyślam się, że ,,owy bohater”, który okazał się, paziem mógł stać się kochankiem owej Bogini, ale to moje domysły. Tak czy inaczej, sam rozwój fabuły bardzo mi się podoba. Owa Bogini ukazała paziowi ,,krucze plemię” (moja interpretacja to ludy dalekiej północy), władane przez innego władcę, zapewne kazała mu go obalić, też według Bogini to plemię jest źródłem wszelkiego cierpienia. Cenę paź zapłacił straszną, bo musiał zmierzyć się z piekielnym bólem, jednak go zniósł i przysiągł wierność swej pani(Bogini). Jednak został oszukany i tu wreszcie pojawia się uczucie tytułowej niepewności, wątpliwości co do słusznej wiary w swoją panią. Liryki rozpalające moją ciekawość i wyobraźnię.


,,Rozmycie’’ zaczyna się spokojnie, z odrobiną melancholii, która oczywiście zostaje przełamana przez intensywność perkusji i basu. Trochę inny prowadzący riff się pojawia, szepczący wokal jeszcze bardziej podkreśla mrok i tajemniczość. Kolejny raz, ale w trochę inny sposób, linia wokalna zostaje zmieniona. Muzycznie słyszę podobieństwo lub inspirację doomem, co jest kolejnym atutem. Jeśli chodzi o dalszy ciąg historii: tekst podobnie jak muzyka nawiązuje do mroku samego w sobie. Inny bohater ponownie widzi Boginię, którą pyta zarówno o pazia, jak i o jej rozum. Okazuje się, że Bogini straciła pazia, lecz zastanawia mnie, co stracił nasz nowy bohater. Tak czy inaczej, próbuje nawiązać z nią więź, co mu się udaje, a ona sama znajduje ,,nowego wyznawcę”, który nim pozostaje, pomimo toczenia ,,wewnętrznej walki sam ze sobą”. ,,Wrota” to potrzebny instrumentalny oddech, który oczywiście jest świetnie wykonany.

Na ,,Odchodząc w.. ’’ wracamy do blackowej intensywności, która jest już w sumie znana, jak i odpowiedni scream, potem znowu deklamacja, lecz z zupełnie innym tonem głosu. Następnie zwolnienie, czy też uspokojenie, utrzymane w klimacie skłaniającym do dalszych refleksji. A potem znowu powrót lawiny basu i bębnów, z kolejną porcją dobrych riffów. Kolejna huśtawka, na której huśta mi się naprawdę dobrze. Jeśli chodzi o tekst, to ,,nowy wyznawca” nie jest pewien, czy to on opuścił Boginię, czy też ona jego, na pewno cierpi. Dla wszystkich bohaterów nadeszła godzina próby, ku zaskoczeniu – Bogini przeżyła, wraca też paź, choć potem okazuje się, że martwy, a ona szlocha nad jego losem. Buzowała w niej mieszanka emocji, którą zobrazowano muzycznie. Natomiast ,,nowy wyznawca”, wnioskując po tekście, staje się obserwatorem. Czy bezstronnym to zapewne się okaże.

,,…Cienie szaleństwa” to najdłuższa kompozycja na tym albumie. Ponownie na wstępie słyszymy deklamację. Już po głosie wokalisty można wyjść z założenia, iż wzbiera w nim gniew, przeobrażony potem we wściekłość. Doskonale też jest skonstruowane muzycznie budowanie napięcia. Odzwierciedlają to wszystko emocje, jakie towarzyszą obecnie naszemu obserwatorowi, choć każdy wers zbliża mnie do stwierdzenia, iż osoba będąca najpierw wyznawcą, potem obserwatorem, ostatecznie pełni rolę pisarza. Oprócz tego Bogini i paź są tak opisani, jakby nawiedzali go(pisarza) we śnie, w którym sam paź pyta się, dlaczego go zabił. Sama Bogini również, na oczach ,,skryby’’ zmaga się ze śmiercią. Na sam koniec wspaniale jest opisany dialog Bogini i pisarza, który odkrywa kolejne elementy tej zawiłej historii. Sama puenta jest zacytowana z mojego ulubionego dzieła „Nieboska komedia” Zygmunta Krasińskiego.

,,Oczyszczenie’’ to powrót do tajemniczości i symbolizmu. Jednak doskonale rozumiem rolę zakończenia albumu, furtka do kontynuacji wątków. Muzycznie znowu powiało melancholią i smutkiem, oddanym w pełni poprzez wirtuozerię gry na samej gitarze.

Wiele w życiu słyszałem, również przeczytałem. Tak, jestem molem książkowym i jestem z tego dumny. Niewiele jest dzieł, które mogą spowodować, iż chce się śledzić każdy ich element. Mam tu na myśli połączenie muzyki i poezji z jednoczesną chęcią, aby odbiorca wysnuł wnioski sam. W przypadku drugiego albumu białostockiego zespołu Voidfire mnie towarzyszyły, mam takie wrażenie, wręcz identyczne emocje. Dawno żaden tekst do utworu muzycznego mnie tak nie zaabsorbował. Akurat tak się składa, że uwielbiam literaturę okresu romantyzmu, nie tylko polskiego. Sposób, w jakim kierunku szła historia sama w sobie i bohaterów jest dla mnie mistrzowski. Autor tekstów, czyli Jakub Lisicki wykonał tytatniczną pracę. Debiut ,,Ogień Pustki”, a raczej rozpoczęta w nim ta historia, nabrała większego znaczenia. Przyznaje się, iż nie zwróciłem na ten fakt należytej uwagi. Wokalista Krzysztof 'Virian’ Sobczak dokonując naprawdę, niezliczonych zmian głosowych udowodnił, że (jak dla mnie) jest on obecnie najlepszym wokalistą black metalowym, w Polsce na pewno. Odpowiadający za gitarę i bas Jakub Zdzienicki, jak również perkusista Łukasz 'Icanraz Sarnacki też są tytanami. Odpowiednio wizualnych wrażeń dostarcza okładka autorstwa Anny Sobczak. Romantyczny, tajemniczy, poruszający i ciągle intrygujący. Voidfire poprawił to, czego brakowało na ich debiucie i sprawił, że ich dzieło jest obecnie najpoważniejszym kandydatem na album 2022 roku w kategorii modern atmospheric black metal.

10/10

Kacper ,,Relevart”

Music Wolves - Odstęp
Manchiz – Pod Sufitem

Manchiz – Pod Sufitem

Back to the high school… Swoją fascynację Seattle Sound przeżywałem w latach 90-tych, kiedy swoją popularność i szczyty list przebojów zdobywały takie kapele jak Soundgarden,…

Więcej ==>